Cause I knew you were trouble when you walked in*



Pamiętacie tego posta? Dziś będzie właśnie o owej pani, domagającej się tak mojego numeru telefonu. Miłym akcentem zaczęłyśmy naszą współpracę, jeszcze milszym skończyłyśmy ten rok szkolny.

Nie pisałam więcej o tej matce, która - przypomnijmy - jest pedagogiem w innej szkole u nas w mieście, i która przez cały rok 'ogólnie męcząca była'. Choć przyznam, że też bardzo dużo mi pomogła. Jest z rodziców tych mocno się angażujących, ale po ostatniej historii nie wiem już, czy robiła to z potrzeby serca, czy po, żebym przymknęła oczy na zachowanie jej syna... Które od stycznia zrobiło się dość problemowe. Niby nic poważnego, ale liczba uwag dość duża - wg naszego WSO za samą liczbę uwag, bez względu na ich kaliber, mógł dostać zachowanie miesięczne naganne - no i takie ode mnie dostawał, choć ogólnie nie jest to uczeń naganny, ani nawet nieodpowiedni. Na wiosnę miałam z nią rozmowę - była zaniepokojona, tzn. oburzona taką moją oceną zachowania jej dziecka - ale uspokoiłam ją, że nie przewiduję takiej oceny na koniec roku i na pewno będzie to dyskutowane na konferencji klasyfikacyjnej. Już wtedy między wierszami groziła mi skargami do dyrekcji i kuratorium. Aha, ogólnie jedną skargę już na mnie zaniosła jakoś w listopadzie - ale że była ustna, to dyrekcja nie powiedziała mi, że to ona i dość oględnie mnie poinformowała o całej sprawie, też robiąc aluzję, że następnym razem taka rozmowa będzie wpisana w moje akta (nagana? pouczenie?). A wiecie, o co chodziło? Jak to dyrekcja ujęła - grupa matek przyszła na skargę, że jestem zbyt poważna (TAK!!! taki oto zarzut!!!) i nie daję im telefonu do siebie. Nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać, jak to usłyszałam... W ostatnim tygodniu przed końcem roku dowiedziałam się od dyrekcji, że ta grupa matek to właśnie owa pani pedagog. W każdym razie dopięła swego, bo zostałam przymuszona (z premedytacją użyję tego słowa) do udostępnienia mojego nr telefonu rodzicom. Podałam im go w grudniu na dniu otwartym, zastrzegając, że odbieram ten telefon tylko w dni powszednie od 18.00 do 20.00 i tylko w pilnych sprawach. Przyznam, że nie miałam problemu z rodzicami, bo stosowali się do mojej prośby - dwie matki, w tym ta, o której jest ta historia - zresztą od drugiej cała sprawa się zaczęła - nie do końca, ale nie było to zbyt uciążliwe.

Zarysuję tu tło całej tej historii, która oczywiście będzie wysoce nieobiektywna, no bo to będzie tylko moja wersja, ale starałam się oddać rzecz tak sprawiedliwie jak to możliwe.

Klasa, którą uczę borykała się z problemem nadmiernego zainteresowania płciowością już rok wcześniej - tak, byli wtedy w 3 klasie. Była w to zamieszana grupka chłopców, m.in. i ten, o którego matce dziś piszę, nazwijmy go Endrju. Nie byłam wtedy ich wychowawcą, więc szczegółów nie znałam, zresztą sprawa była załatwiona jeszcze przed końcem poprzedniego roku szkolnego. Poza tym wychowawcą w tej klasie była owa moja była dobra koleżanka, której sylwetkę też Wam przedstawiłam w podlinkowanym powyżej poście - no i naprawdę nie miałam ochoty na jakikolwiek kontakt z nią. Natomiast gdy zostałam wychowawcą tej klasy, byłam bardzo czujna w tych sprawach - ale jednocześnie nie siałam sztucznego zgorszenia i oburzenia, jeśli coś się komuś tam wypsnęło. Już we wrześniu chłopcy próbowali mnie zgorszyć, ale ustawiłam ich do pionu. W listopadzie dostałam sygnał o innym chłopcu z tej grupy, że jego zachowanie jest nieco niestosowne - wezwałam mamę na rozmowę, nakreśliłam problem - uspokoiło się.
Natomiast jeśli idzie o Endrju, to cały czas gdzieś tam słyszałam, że jest jakiś nadmiernie rozbuchany, ale nie były to żadne konkrety i właściwie wprost nikt się nie skarżył - ani dzieci, ani n-le - i dlatego nic nie robiłam, bo nie miałam punktu zaczepienia. Jako wychowawca nie zauważyłam ŻADNYCH zachowań wykraczających poza spektrum normalnego zachowania w tym wieku. Jedynie gdy na lekcjach pracowaliśmy ze słownikami obrazkowymi, to zawsze jakoś się mu 'sam otworzył' na stronach z anatomią człowieka, wzbudzając jego ogromny entuzjazm - ale w mojej opinii to nie był powód, żeby wszczynać jakieś dochodzenia, wzywać rodziców itp. - dla mnie to typowe zachowanie 11-letniego chłopca. Moim zdaniem robienie wokół spraw seksualności człowieka nadmiernego szumu, nadawanie temu otoczki zakazanego owocu, tylko się przyczynia do zainteresowania tematem, więc zawsze unikałam pochopnych kroków w tej materii.

W przedostatnim tygodniu roku szkolnego, 16 czerwca, zadzwoniła do mnie mama innego chłopca z mojej klasy, powiedzmy, że nazywa się Sebeszczyn (chłopiec). Kij, że nie w wyznaczonej godzinie - odebrałam. Jest to jedna z matek nadmiernie troskliwych, chroniących dziecko przed własnym cieniem. Jeśli dzwoni to zwykle dlatego, że ktoś skrzywdził jej Sebeszczyna. Sebeszczyn jest chłopcem lubianym w klasie, spokojnym i łagodnym i nie wchodzi w konflikty. Więc teraz zastanawiam się, skąd ona bierze te swoje problemy - pewnie Sebeszczyn coś jej w domu mówi - no i teraz nie wiem, co myśleć o tym chłopcu. W szkole grzeczny, ułożony, dobrze wychowany, a tu by taką krecią intrygancką robotę odwalał? No ale w każdym razie w trakcie rozmowy wyszły zarzuty pod adresem Endrju - bardzo konkretne i niepokojące. Bez podawania zbyt wielu szczegółów - na kilka sposobów próbował rozbudzić w Sebeszczynie zainteresowanie tematem sexu.

W środę więc napisałam w zeszycie informacyjnym notatkę do mamy, że zapraszam ją na rozmowę - chciałam ją poinformować, co usłyszałam. Od razu zaznaczę - nie oskarżać, nie piętnować, nie robić z Endrju zboczeńca - po prostu chciałam, żeby mama miała świadomość, że coś znowu może być na rzeczy, żeby wzmogła czujność itp. Zwłaszcza, że idą wakacje i dzieci często - bez winy rodziców - są puszczane samopas. Dodam też, że owa mama od września uczulała mnie, że o wszystkim co dotyczy Endrju mam ją informować. Zaprosiłam ją niestety dopiero na poniedziałek lub wtorek (22-23.06), gdyż w czwartek byłam na wyciecze całodniowej z pierwszakami, a w piątek przed lekcjami miałam dyżur, a po lekcjach NI w domu ucznia - no i po prostu nie miałam kiedy się z nią spotkać. W środę również poinformowałam o tej sprawie panią pedagog i zaczęłam robić rekonesans wśród nauczycieli uczących moją klasę celem zebrania dalszych (ewentualnych) konkretów pod adresem Endrju - ale że uczę głównie młodsze klasy, to w czasie lekcji mam znikomy kontakt z innymi przedmiotowcami, chyba że na dyżurze - i od koleżanki dyżurującej dowiedziałam się o pewnym incydencie podszytym znów sexem, którego inicjatorem był właśnie Endrju.
Jak przypuszczałam, od około 14.00 matka Endrju, która przypomnę jest PEDAGOGIEM w innej szkole - a to bardzo istotne z jej punktu widzenia - zaczęła mnie telefonicznie molestować o przyspieszenie terminu spotkania (fajnie, że po raz kolejny respektuje wyznaczoną przeze mnie godzinę na telefony, c'nie??). Wyjaśniłam jej, że sprawa nie jest aż tak pilna -  w moim odczuciu nie była, po prostu chciałam ją poinformować, a nie wyjaśniać cokolwiek w trybie natychmiastowym. No niby zrozumiała. Ale tylko niby. Bo na drugi dzień od rana heja! esemesy do mnie, że jednak ona błaga o szybszy kontakt, bo umiera z niepokoju, idzie weekend, a ona spać nie może - i dalej w tym duchu. Odpisałam, że to NIEMOŻLIWE z przyczyn ode mnie niezależnych. Ale ona znów. Że ona się dostosuje do każdej godziny, byle tylko to było wcześniej, wcześniej! Zastanowiłam się głęboko. Rozumiałam jej niepokój. Przypomniałam sobie, że faktycznie ZAWSZE mogłam na nią liczyć przy okazji imprez szkolnych i klasowych. Że sama wychodziła z inicjatywą, nigdy nie musiałam jej o nic pierwsza prosić. I postanowiłam iść jej na rękę.

BŁĄD. Nie rób nikomu dobrze, a nie będzie ci źle - szkoda, że zapomniałam o tej złotej myśli. Odpisałam jej, że spotkam się z nią po wycieczce, czyli około godziny 15.00 - 15.30. Przyjechaliśmy dopiero o 15.40. Weszłam do szkoły i ujrzałam ją, czekała koło pań woźnych.
'I knew you were trouble when you walked in' - no po prostu to czułam. Lwica przygotowana do obrony oseska, choć jeszcze sama nie wie, o co chodzi. Osesek czekał przy matce - czy myślała, że zaproszę go na rozmowę? Żeby nam potowarzyszył?

Zaprosiłam ją do pokoju nauczycielskiego. Nikogo nie było w szkole już o tej porze, w obok przylegającym gabinecie dyrekcji nasze dwie vice kończyły pracę. Wiecie co - nie popełniajcie nigdy tego błędu. Z rodzicami roszczeniowymi nie należy przenigdy zostawać sam na sam. Każde wasze słowo użyją przeciwko Wam, wyrwą z kontekstu, przeinaczą. Teraz jestem już bogatsza o to doświadczenie.
Usiadłyśmy. Na wstępie powiedziałam, że sprawa jest bardzo delikatna i moją rolą nie jest oskarżanie, tylko prośba do mamy o współpracę w zbadaniu tej sytuacji. Powiedziałam, co usłyszałam od matki Sebeszczyna. Delikatnie, bez zgorszenia - tak samo jak rozmawiałam z mamą innego chłopca w listopadzie, gdy sprawa miała podobny charakter. Mama listopadowego chłopca też należy do oględnie mówiąc trudnych rodziców, a jednak nie uniosła się, nie wpadła w szał - przyjęła do wiadomości i więcej problemów nie było z tym chłopcem. Wszystko to - czyli szał, wściekłość, zaprzeczenie - zrobiła mama Endrju. No rozumiem jej szok i niedowierzanie i też jej to mówiłam, ale jak grochem o ścianę. Zafiksowała się na tym, że chcę napiętnować jej dziecko jako zboczeńca. Próbowałam jej tłumaczyć, że jestem po to, aby pomóc, żebyśmy razem się zastanowiły, skąd się wzięły takie oskarżenia ze strony Sebeszczyna - gdzie tam! Już nie było szans na jakąkolwiek konstruktywną rozmowę. Mama wpadła w histerię!! Płakała przy mnie, ale była jednocześnie wściekła. Ja zachowywałam kamienny spokój i zimną krew - ktoś musiał, choć w środku się we mnie gotowało. Nagle zmieniła taktykę i zaczęła mnie oskarżać o wszystko od września. Skupiała się też oczywiście na tym, że niszczę jej dziecko tymi kalumniami (nie, nie użyła takiego słownictwa - jak się okazało, mimo tego, że to pani PEDAGOG, jest to bardzo prosta osoba. I uwaga - nie mam nic do prostych osób. Ale nie znoszę hipokryzji, zadzierania nosa, wywyższania się nad innych  - a celują w tym właśnie takie puste osoby).

Nasza hm... rozmowa (?), raczej rozżalony monolog pani trwał około godzinę. Oczywiście do konsensusu nie doszło. Kobieta czepiała się słówek, wszystkiego, odwracając uwagę od faktycznego problemu - że być może coś jest na rzeczy w tym, co mówi Sebeszczyn. Próbowałam sprowadzić rozmowę na właściwe tory, ale nie potrafiłam. Rozmowa przerodziła się w rozmaite oskarżenia pod moim adresem. W końcu skończyłam temat, mówiąc, że nie dojdziemy do porozumienia. Na koniec zmieniając profil dyskusji sięgnęłam po dziennik, bo pani na samym początku, zanim rozpętała się burza, poprosiła, żebym jej POKAZAŁA oceny Endrju w dzienniku. Tak jak wcześniej cechowały mnie ogromne pokłady cierpliwości i taktu do tej osoby - mimo jej nieustannych uchybień właściwie w każdym aspekcie savoir-vivre'u przez cały rok szkolny, a nawet wcześniej, podczas zielonej szkoły - tak teraz nie omieszkałam jej przypomnieć, że obowiązuje mnie ustawa o ochronie danych osobowych i nie mogę jej pokazać dziennika, a jedynie przeczytać oceny, co jako pedagog z pewnością wie - w poprzednim godzinnym monologu co i rusz przypominała, że ona jest pedagogiem i umie załatwić sprawy, a ja sobie z niczym nie radzę.
"Bo jemu niewiele brakuje do paska, jakieś setne" -  to jest niespełniona ambicja tej mamy, już od września drążyła temat świadectwa z czerwonym paskiem, mimo że dyskretnie próbowałam gasić jej zapędy i tłumaczyć, że nie oceny są najważniejsze, a pasek na świadectwie nie jest gwarantem jakiegokolwiek sukcesu w życiu. Na nic się to zdało, bo podczas każdej rozmowy przez cały rok szkolny wypływał ten temat. Już w marcu mama owa wiedziała, że są szanse na pasek, bo sobie wyliczyła ze średniej. W marcu!
"Skoro faktycznie brakuje mu jakiejś setnej, to proszę się nie martwić - zrobimy tak, żeby nie brakowało" - powiedziałam i zaczęłam czytać oceny. Były to oceny dobre i bardzo dobre, aż tu nagle dostateczny i znów dostateczny. I to z przedmiotów takiego powiedzmy większego kalibru. "No, chyba trochę więcej niż setna brakuje do średniej paskowej, chyba że ma jakieś szóstki, ale nic o tym nie wiem..." - pozwoliłam sobie na złośliwość. "Jak to dostateczne???? Rozmawiałam z panią X i z panią Y i mi obiecały, że Endrju będzie mieć czwórki!!!!" - wściekła się po raz kolejny tego popołudnia. "Czwórki tu niewiele zmienią w kwestii paska - za dużo ich jest - a zresztą i tak proszę sobie to wyjaśnić z tymi paniami, ja czytam, co jest wystawione" - odparłam.
Wyszła jak niepyszna z pokoju. Zamknęła drzwi, pod którymi cały czas siedział Endrju. Usłyszałam, jak go uderzyła kilkakrotnie. I przypomniałam sobie, jak sama mi co najmniej dwa razy wspomniała w trakcie roku szkolnego, że 'mu spuściła lanie".  Hm, zakiełkował mi w głowie plan B....

Schowałam dziennik i również wyszłam - moich miłych gości już nie było. Podeszła do mnie za to pani woźna: "Ale go zlała...." - szepnęła. "Widziała to pani? W co go uderzyła?" - spytałam. "Po tyłku". Aha - pani PEDAGOG.

Wróciłam do domu i nie zaprzątałam sobie głowy tą przykrą sprawą, choć czułam, że to nie koniec. Na drugi dzień przed lekcjami jak już wspomniałam stałam na dyżurze, akurat na piętrze gdzie jest sekretariat i gabinet dyrekcji. I któż to wkroczył jak burza z synkiem po swej prawicy? Oczywiście pani PEDAGOG. Minęła mnie, jakbym była powietrzem - a stałam tak, że nie dało się mnie NIE zobaczyć, i w te pędy poleciała do gabinetu dyrekcji. U nas niestety są takie zwyczaje, że każdy z ulicy może sobie wejść i bez wcześniejszego ustalenia terminu żądać rozmowy z dyrekcją. Aż ciśnie się na usta tekst Freda z "Chłopaków nie płaczą" - Byle frajer może sobie ot tak tutaj wejść. Akurat jedna pani vice była wtajemniczona w tę sprawę, bo gdy wczoraj pani PEDAGOG wkroczyła do pokoju nauczycielskiego, to ona kończyła pracę i widziała nas, a rano zdążyłam ją poinformować o naszej wielce konstruktywnej rozmowie. Minęła ósma, poszłam na lekcję - miałam z moją klasą. Nie minęło 15 minut, jak poproszono mnie do gabinetu dyrekcji. Były tam już dwie vice oraz pani pedagog, nasza szkolna, no i przyczyna całego zamieszania, czyli ona, pani PEDAGOG mama Endrju. Sprawa, z którą przyszła jak się okazało, wcale nie dotyczyła Endrju, tylko ogólnie pani przyszła wylać swoje żale na mnie - tani chwyt, żeby odwrócić uwagę od faktycznego problemu z dzieckiem. Nie poczułam się fajnie wiedząc, że cała ta wesoła gromadka już z 15 minut o mnie gadała, a ja byłam nieobecna. To miło, że mnie w końcu zawołano, prawda?
Bardzo się ucieszyłam, że jednak doszło do tej rozmowy w szerszym gronie - wszyscy mogli się naocznie przekonać, z jak niestabilną emocjonalnie osobą mamy do czynienia. Kobieta ma sama z sobą jakiś głębszy problem. Oczywiście były płacze, znowu wycieczki osobiste pod moim adresem, ale ja już nie wytrzymałam i przerwałam jej tyradę, mówiąc, żebyśmy się skoncentrowali na osobie Endrju. Musiałam niegrzecznie wejść jej w słowo, bo inaczej nie szło jej przerwać i uspokoić. Pretensje miała do wszystkich, a umykał nam cały czas główny problem - rozbuchana seksualność Endrju, którą potwierdziły jeszcze dwie inne nauczycielki i pani pedagog podczas tej właśnie rozmowy - tylko szkoda, że mnie jako wychowawcę nikt przez cały rok szkolny o tym nie poinformował. Gdyż okazało się, że pani pedagog już od kilku miesięcy prowadzi akcję mającą na celu przywrócić chłopca na łono społeczeństwa przyzwoitego i skromnego i odciągnąć jego uwagę od spraw męskiego i damskiego płciwa - ale jakoś nikt nie wpadł na to, że może by warto powiedzieć o tym wychowawcy, czyli mnie? Tu jako szkoła daliśmy ciała, ale pani PEDAGOG w ogóle jak się okazało o to nie chodziło. Musiałam ponownie przypomnieć, że problem teraz jest już potwierdzony u kilku źródeł, więc zastanówmy się, jak tu go rozwiązać? Ona wydawała się go zamiatać pod dywan, kompletnie lekceważyć, znów koncentrując się na mnie i również na pani pedagog jako na osobach, które robią z Endrju zboczeńca.
Endrju został również wezwany na ten dywanik, ale nic to nie dało. Po całej tej rozmowie jedna z pań vice stwierdziła, że wygląda, jakby się bał matki i chyba jest bity - a nie wiedziała nic o tym laniu dzień wcześniej na korytarzu, bo jeszcze nie miałam kiedy jej zdać wszystkich szczegółów!

Nastał weekend. W poniedziałek 22.06 zostałam wezwana do dyrekcji w sprawie pisemnej skargi, która na mnie wpłynęła. Oczywiście autorką była pani PEDAGOG. Zapoznałam się z 3-stronicowym elaboratem, który - wiem, że to nie ma znaczenia, ale wyleję to z siebie i napiszę to - urągał wszelkim zasadom stylistycznym, interpunkcyjnym, formalnym i ortograficznym. Myślałam początkowo, że to Endrju pisał.... Ale nie, to była nasza wielka pani PEDAGOG. Nawiasem mówiąc, w owym piśmie podkreśliła to kilkukrotnie. Jak to ona sobie świetnie radzi w pracy, w przeciwieństwie do tej wychowawczyni-porażki i nauczycielki za karę, jak mnie miło określiła.
Wszystkie moje słowa, które padły przez cały rok szkolny wyrwała z kontekstu i przedstawiła w takim świetle, że gdybyście to przeczytali, pomyślelibyście, że jestem prawnuczką Hitlera czy jakichś innych zwyrodnialców. Ale niestety na wiarygodność jej żalów wpływały znacznie niezliczone błędy, o których wspomniałam. Jak to dobrze, że napisała to pismo!!! Naprawdę po pracach pisemnych łatwo się przekonać, z jakim człowiekiem mamy do czynienia. Albo inaczej - z jakim NIE mamy do czynienia, gdyż ludzie na pewnym poziomie nie robią tak podstawowych błędów...  Moje vice jako osoby wielce taktowne skomentowały, że pani była w silnym wzburzeniu... No dla mnie nie jest to absolutnie żadne wytłumaczenie!! Nie bierzmy w takim razie podczas sprawdzianu szóstoklasisty, egzaminu gimnazjalnego czy matury żadnych błędów pod uwagę!! Taka poważna formalna okazja - uczniami na pewno targają olbrzymie emocje!

Przedstawię Wam kilka kwiatków:

zemną, pewne rzeczy trzeba wyśrodkować, dla mnie z własnego doświadczenia wiem, jako matka i pedagog (x 5,6, 7...), stymuluje zamiast symuluje, bez podstawnie, nie słuszne, była by, itp. Już nie mówiąc o tym, że w oficjalnym piśmie do dyrekcji zwraca się co jakiś czas bezpośrednio do mnie per pani Aniu.... Najbardziej zaciekawiło mnie jednak to: 'Być wychowawcą z pasją pani Aniu w dobie tak rozwiniętej techniki i postępu to skarb.' Hm, głowię się nad tym do dziś i nie wiem, o co chodzi... na koniec napisała, że już się ze mną nigdy nie skontaktuje... A dziwne, bo od środy 26.06 przez ostatnie 3 dni roku szkolnego była w szkole i się właśnie kontaktowała... w sposób zaczepny.

Przeczytałam to i zrobiło mi się strasznie smutno, no w duchu wręcz zapłakałam nad stanem intelektualnym polskich krzewicieli oświaty... Bo takich pań PEDAGOG i nauczycielek pewnie jest jeszcze trochę w naszym kraju.... Co się stało z tym zawodem? Wcale się nie dziwię, że tak stracił na znaczeniu... Jak można traktować poważnie pedagoga i nauczyciela prezentującego takie coś? Kiedyś praca w oświacie na stanowisku nauczyciela i pedagoga to była nobilitacja - pewnie, że i wtedy zdarzały się osoby przypadkowe, ale myślę, że przynajmniej ich poziom intelektualny był hm zadowalający? W czasach, kiedy każdy może mieć maturę i studia wyższe niestety strasznie nam się poprzeczka obniżyła.

Wracając do meritum - powiedziałam, że każdy z zarzutów umiem odeprzeć i chętnie ustosunkuję się na piśmie. Ale o dziwo dyrekcja nie chciała mojej odpowiedzi... Ciekawe. Mimo tego i tak napisałam swój elaborat, w którym obaliłam każdy jej argument. W tym samym dniu doszło jeszcze do spotkania z Sebeszczynem i jego mamą i w obecności mojej i pani pedagog Sebeszczyn i mama jeszcze raz podtrzymali swoje zarzuty. Sporządziliśmy notatkę służbową, którą podpisała mama Sebeszczyna.

Pani PEDAGOG chciała być ustnie poinformowana, jak sprawa będzie rozwiązana, zapewne licząc, że dostanę jakąś nagankę do akt czy co.... No niestety nic takiego się nie zdarzyło, ugrała tyle, że na jej widok każdy w szkole ma alergię... Bo pojawiała się co chwila.  Nie wiem w końcu co jej powiedziano i niewiele mnie to obchodzi... Ja złożyłam wyjaśnienie na piśmie i jeszcze drugie osobne pisemko: mój plan B, mój as w rękawie - takiej treści:

Zwracam się z uprzejmą prośbą o zabezpieczenie nagrań ze szkolnego monitoringu z korytarza na I piętrze, zarejestrowanych w dniu 18 czerwca 2015 roku w godzinach 16.15-16.45.
Prośbę swoją motywuję tym, iż nagranie dokumentuje fizyczne karanie ucznia naszej szkoły przez jego matkę po wyjściu z rozmowy z wychowawcą. Zgodnie z art.961 K. R. i O. osobom wykonującym władzę rodzicielską oraz sprawującym opiekę lub pieczę nad małoletnim zakazuje się stosowania kar cielesnych.



Gdyż miejsce, które pani PEDAGOG wybrała sobie na wymierzenie okrutnych razów jej synowi było akurat pod samą kamerą.... 


Ale tak naprawdę nie czuję satysfakcji, gdyż prawdziwy problem - że z Endrju coś niedobrego się dzieje - umknął nam z oczu przez tę aferę i pozostał nierozwiązany (*nie rozwiązany --> #jestemzlosliwa)


W ostatni dzień roku szkolnego mama Endrju znów, mimo zapewnień w skardze, że skończyła ze mną kontakty i współpracę, przyszła do szkoły i znów z pretensjami wyssanymi z palca - chodziło o to, dlaczego przed akademią spotykamy się przed salą gimnastyczną, a nie w sali lekcyjnej... A potem dostaję od Endrju kwiatka na koniec roku... No przecież to ona z pewnością go kupiła!!! WTF???

----------


* to z tej piosenki ;)





Komentarze

  1. Współczuję kontaktów z tą kobietą. Ręce opadają jak się czyta takie historie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Serdecznie współczuję.: ( Mnie praca w szkole wykańcza w momencie kontaktu z rodzicami. .. Bo oni zawsze wiedzą lepiej. ..

    OdpowiedzUsuń
  3. Podziwiam za wytrwałość, ja dawno opieprzyłbym tę kobitę żeby spadała na bambus. Wielka Pani (anty) pedagog się znalazła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na to sobie w mojej szkole nie możemy pozwolić... Choć w duchu się nie krępuję ;)

      Usuń
    2. A szkoda. Ale ja już dawno dostałbym szału z takim babskiem. I nie wg mnie do ciebie określenie "nauczyciel za karę" nie pasuje w ogóle, bo nigdy jeszcze nie widziałem nauczyciela z taką pasją do zawodu. A propos tej płciowości, to o co z tym chodziło, gadał o sexie lub pornosach z kolegami?

      Usuń
    3. Napiszę Ci na fejsie na fanpage prywatnie

      Usuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie umiem w to uwierzyć.... Po pierwsze, "nauczyciel za karę"?! Spotkałam w swoim życiu wiele nauczycielek i wielu nauczycieli j.angielskiego i nigdy jeszcze nie widziałam, żeby ktoś z takim zapałem, entuzjazmem i pasją jaką masz Ty (przepraszam, może powinnam napisać Pani, bo jestem gówniarą, ale przyzwyczaiłam się do bycia bezpośrednią w blogosferze) uczył dzieci. Przykro mi, że na głupocie i uporze z jakim ta matka dążyła do zrobienia Tobie na złość, ucierpi dziecko...
    Niemniej jednak zasługujesz na Nagrodę Nike za narracje i sposób ujęcia tematu - naprawdę mimo powagi sytuacji uśmiałam się czytając ten post...
    Nie przejmuj się psychicznymi rodzicami (ja uczę dzieci prywatnie, moja Mama jest nauczycielem historii od ponad 20 lat), takie rzeczy są niestety częste i nie da się ich uniknąć. Jesteś wspaniałym nauczycielem z powołania i jestem oczarowana Twoimi pomysłami, które dostarczają mi niesamowitych pokładów inspiracji, oby tak dalej! ~ Twoja fanka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakie 'Pani'? ;) Myślę, że nie jestem dużo starsza od Ciebie. To właśnie kolejny problem, że na tle naszego pedagogicznego grona jestem osobą dość młodą, choć i tak pracuję już 8 lat, więc widać mniej więcej w jakim przedziale wiekowym jestem. Jest u nas około 50 n-li, z tego tylko siedmioro między 30 a 40 rokiem życia. Poniżej trzydziestki to nie ma nikogo. A jeszcze do tego ani mój styl bycia, ani wygląd nie potwierdzają nawet tych 33 lat, które mam, i rodzice myślą, że jestem naprawdę jakimś nieopierzonym stażystą... A mama Endrju jest starsza ode mnie zaledwie o 4 lata :/

      Usuń
    2. I bardzo dziękuję za wszystkie miłe słowa! :*

      Usuń
    3. Niestety u nas tak jest, że młodych nauczycieli jest zdecydowanie mniej a starsi siedzą, bo wcześniejsza emerytura to grosze;( Przypomniało mi się, co miałam napisać: problem "brakuje mi do paska" jest bardzo powszechny, zarówno dla mnie jak chodziłam do szkoły, jak i dla mojej mamy jako nauczyciela (uczy w gimnazjum, nienawidzi wymuszania ocen)... Ja jestem spod Gliwic, mam na studiach przyjaciółkę z Jaworzna, nie wiedziałam, że mieszkasz tak blisko dlatego powtarzam - gdybyś czegoś potrzebowała z Anglii, let me know :)

      Usuń
  6. Rub, tak to czytam i mam ochotę uciekać ze szkoły czym prędzej :/ podziwiam Cię, że masz siłę użerać się z takimi rodzicami... Mama Endrju ma ewidentnie problem ze sobą. I właśnie tacy rodzice robią najwięcej zamieszania w szkole (w swoim rodzinnym domu zapewne też). Bezkrytyczni wobec siebie, nadmiernie krytyczni wobec innych. Zapewne ciąg dalszy nastąpi po wakacjach, teraz zapomnij o tej nawiedzonej kobiecie :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Bycie wychowawcą w obecnych bardzo roszczeniowych czasach jest mega trudne 😞 W niedawno zakończonym roku szkolnym nie miałam wychowawstwa i odzyskałam radość z bycia wyłącznie anglistą, dzięki bogu w przyszłym roku wątpliwy zaszczyt posiadania własnej klasy również mnie ominie 😊 Nie daj się, inspiruj nas dalej, świetnie sobie poradziłaś😊 pozdrawiam, Dominika

    OdpowiedzUsuń
  8. Uwielbiam takich rodziców! Miałam podobną sytuację w tym roku, nie będę jej całej opisywać.Streszczę "samą wisienkę na torcie"- trzeba było napisać opinię do PPP (chłopiec powtarzający RPP, kontrolne badanie). Ja byłam już wtedy na l4 z powodu końcówki ciąży, więc mnie już nie chciano fatygować. Opinię napisały wspólnie osoba mnie zastępująca (która od początku roku miała zajęcia opiekuńcze, a chłopiec siedzi w szkole od 7.00 do 16.00, więc go dobrze znała) i pedagog ( do której chodził na zajęcia korekcyjno-kompensacyjne). Jakoś byłam w szkole i matka mnie dorwała, pytając czy opinia była ze mną konsultowana, zgodnie z prawdą powiedziałam, że nie. Na to ona, że bardzo mnie prosi, żebym to ja napisała opinię, bo znam jej syna najlepiej, a w tej napisanej nie ma żadnych pozytywów. Będąc miłą (niepotrzebnie!), zgodziłam się. Jezu, w życiu tak się nie wymęczyłam pisząc opinię, bo u tego dziecka naprawdę trudno znaleźć pozytywy. Byłam z siebie taka dumna, że aż tyle dobrych rzeczy udało mi się napisać ( a opinia była wyjątkowo długa, trzy strony). A tu tatuś wpadł do szkoły z pokreśloną moją opinią z adnotacjami- bzdura, kłamstwo, głupota itd. Poleciał do pedagog i mówi, że znów nie ma żadnych pozytywów, pedagog musiała mu czytać, gdzie one są. Mama pokreśliła opinię w miejscu gdzie pisałam np, że nie słucha bajek czytanych w szkole i przeszkadza innym (bo w domu słucha!! A co mnie obchodzi, co robi w domu, ja piszę o tym co robi, a raczej czego nie robi u mnie na zajęciach). Oczywiście była też z tą opinią u Dyrekcji. Hitem jest to, że rodzice są po studiach pedagogicznych ( nie pracują w zawodzie) i oni wiedzą lepiej. Tata zaproponował pani pedagog, aby razem napisali tą opinię, bo widać, że w szkole nikt nie umie napisać porządnej opinii, są tu sami pseudonauczyciele, dyrekcja też nadaje się do wymiany, a ta nowa nauczycielka to się uwzięła na ich synka i tylko krzyczy ( a drugiej takiej spokojnej osoby to ze świecą szukać). Eh, na szczęście po powrocie do szkoły już nie będę mieć "przyjemności" współpracy z przemiłą rodzinką. A Tobie współczuję, bo jeszcze dwa lata musisz się męczyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zobaczymy jak to będzie. Matka w skardze odgrażała się, że już się więcej nigdy ze mną nie skontaktuje. Więc może mam ją z głowy. Ale w sumie wątpię.

      Usuń
  9. Współczuję Ci bardzo, naprawdę, już też nie raz i nie dwa użerałam się z takimi wspaniałomyślnymi rodzicami. A tak btw, bardzo podziwiam Twoje zaangażowanie w pracę z dziećmi i Twój blog jest dla mnie niesamowitą inspiracją, odkąd go czytam zupełnie zmienił się mój stosunek do pracy :) Jeszcze jedna prośba-można otrzymać hasło do Twoich folderów na chomiku? Chodzi mi konkretnie o folder "dodatkowe materiały do hot spot"--udzielam korepetycji dwójce rodzeństwa przez wakacje i przydałoby się coś nowego... Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa. Hasło to: englishtips.org

      Usuń
    2. Hasło niestety nie działa :(

      Usuń
    3. już powinno być (dawno nie odwiedzałam mojego chomika i nie kojarzę za bardzo ;))

      Usuń
  10. Życzę wytrwałości. Zapytam trochę z innej beczki - czy dzieci mają jakieś zajęcia z edukacji seksualnej, albo w ogóle z (dobrym) pedagogiem/psychologiem? Zauważyłam, że coraz więcej dzieci (i to niestety coraz młodszych) jest bardzo zainteresowanych seksem. O ile w pewnym stopniu jest to naturalne to jednak dostępność nieodpowiednich materiałów w internecie, w telewizji i w grach trochę przeraża... Zwłaszcza, jeśli rodzice sobie nie radzą z tymi tematami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mają od 5 czy 6 klasy, nie z pedagogiem / psychologiem, ale szczęśliwie też nie z panią od religii (nothing personal).

      Usuń
  11. Miałam już niejednego takiego rodzica i zapewne wielu jeszcze mieć będę. Pocieszające jest to (chociaż co to za pocieszenie), że nie tylko ja borykam się z takimi problemami. Zawsze, gdy ktoś pyta, jak mi się pracuje z dziećmi, odpowiadam "dobrze, gorzej z dorosłymi". Uważam, że z uczniem zawsze doszłoby się do porozumienia, wszystko "psują" rodzice, którzy bywają niekonsekwentni, nieobiektywni i roszczeniowi.
    W każdym razie szkoda, że takie sytuacje spotykają zwłaszcza tych nauczycieli "z prawdziwego zdarzenia", którzy angażują się w pracę całym sercem. Warto w takich momentach pamiętać, że to tylko jakiś margines pracy, bo przejawów sympatii jest z pewnoscią więcej, a takie przykre sytuacje, ze względu na intensywność emocji, po prostu bardziej zapadają w pamięć.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz