Kontrowersje wokół mojego telefonu oraz fałszywi przyjaciele



Ach ach. Wiecie, że jestem wychowawcą po raz pierwszy, żaliłam (chwaliłam) się w ostatnim poście. Kłopoty zaczęły się jeszcze przed rokiem szkolnym. I nie, wcale nie z dziećmi, choć tych też nie brakuje (kłopotów). Okazuje się, że jestem bardziej wychowawcą rodziców (niektórych). I wszystko byłoby OK, bo byłam i jestem nastawiona na ciężką pracę u podstaw, ale okazuje się, że koło pióra robi mi jeszcze moja bardzo dobra (już nie) koleżanka. Naiwna jestem, bo zdarzyło się już kilka sytuacji, które powinny mi dać do myślenia w kontekście faktycznej sympatii owej koleżanki do mnie. Pierwszy sygnał pojawił się na lekcji pokazowej dla przedszkolaków, potem było kilka kolejnych, lecz jako osoba raczej z sercem na dłoni zlekceważyłam je.

Nevermind, do rzeczy. Dostałam klasę, z której wszystkie dzieci już uczyłam, gdy były w klasach 1-3. Mało tego, ośmioro z nich było ze mną na zielonej szkole (jak pamiętacie może, pojechałam z klasą owej dobrej (?) koleżanki w zastępstwie). To daje połowę klasy, bo mam tylko 16 uczniów w mojej 4c. To, że już uczyłam dzieci ma póki co same zalety, bo znam je i wiem mniej więcej czego się spodziewać i przeważnie wszelkie kłopoty przez te dwa tygodnie udało mi się zdusić w zarodku. Niezaprzeczalną wadą jak się okazało jest to, że rodzice dzieci, z którymi pojechałam na zieloną szkołę mają mój nr telefonu. Właściwie to nie przeszkadzałoby mi to zupełnie, gdyby nie fakt, że jedna mama zaczęła do mnie wydzwaniać jeszcze w wakacje, jak tylko dowiedziała się, że będę wychowawczynią jej syna. Była środa 27 sierpnia po 19.00. Nie odebrałam. Po pierwsze to były jeszcze wakacje, po drugie nawet gdyby już się skończyły, to po 19 ja nie pracuję, a po trzecie gdyby ktoś inny został wychowawcą jej dziecka, to nie miałaby tego nr telefonu i jakoś chybaby dała radę, prawda?
Pani była wytrwała. Zadzwoniła ponownie dwa dni później o ósmej rano, gdy szykowałam się do wyjścia do pracy na konferencję. Tym razem też nie odebrałam. Postanowiłam też poruszyć tę zaczynającą mnie drażnić kwestię na zebraniu - tak ogólnie powiedzieć, że mój tel. prywatny służy do spraw prywatnych.
Tymczasem już na wejściu do szkoły zaatakowała mnie moja "dobra" koleżanka, czyli była wychowawczyni owego chłopca: że dlaczego ja nie odbieram telefonu od pani Xyz? Odparłam, że nie mam takiego obowiązku, na co dobra koleżanka (=DK): odbierz od niej ten telefon, to nie jest jakaś niewygodna sprawa. A ja: to tym bardziej możemy zaczekać do pierwszego września, czyż nie? A co w ogóle ta pani chce? A DK: jak nie chcesz odebrać, to ci nie powiem. Jakbyś odebrała, tobyś wiedziała. Po czym obróciła się na pięcie i odeszła obrażona. Podniosła mi ciśnienie do granic możliwości. Jakim prawem się wtrąca? To jeszcze mogłabym przy dużej dawce empatii zrozumieć, w końcu to jej była klasa, przywiązała się do dzieci i jak widać rodziców. Ale jak może mi coś kazać zrobić?? Gdybym się zgodziła, to zawsze już by było załatwienie sprawy w ten sposób: skoro nowa pani nie chce się zgodzić, to idziemy do starej pani, żeby zainterweniowała. Od tamtej pory koleżanka udaje, że mnie nie zna, a wcześniej miałyśmy mnóstwo wspólnych tematów do rozmów. No cóż. Mogłabym powiedzieć: mała strata - krótki żal, bo nie jestem zbytnio sentymentalna, ale jednak mimo ze może i strata jak się okazuje niewielka, to żal jednak nie jest wcale taki mały. Zawsze w melancholię wprowadza mnie bezinteresowna ludzka nieżyczliwość. A na tym nie koniec.

Nadeszło pierwsze zebranie. Na sam koniec po omówieniu już wszystkich istotnych spraw oznajmiłam rodzicom, że bardzo proszę, aby nie wykonywali do mnie rozmów telefonicznych, gdyż jest to mój prywatny telefon. Podałam alternatywne formy kontaktu: numery telefonu do szkoły, kontakt osobisty po wcześniejszym umówieniu się przez zeszyt informacyjny, w nagłych wypadkach kontakt osobisty bez zeszytu, korespondencja w zeszycie inf. i mail. Ponadto zapowiedziałam, że jeśli zajdzie taka potrzeba, a nie dam rady oddzwonić ze szkoły, to zadzwonię ze swojego telefonu, bo mam numery kontaktowe do rodziców. Wszyscy wydali się być pogodzeni z moją decyzją, choć może nieco zaskoczeni, bo z poprzednią panią wychowawczynią (DK) byli w stałym kontakcie tel. Tylko owa pani, która już w wakacje dzwoniła, wyraziła swoje wątpliwości i lekkie (?) rozczarowanie. Próbowałam ją przekonać, ale była jakby nieustępliwa. Nie nawiązałam w ogóle do jej wakacyjnego dzwonienia, ale ona wyciągnęła ten temat mówiąc, że nie dzwoniła z żadną głupotą. Odparłam, że w ogóle nie chodzi o ten telefon i mówię tylko ogólnie, a poza tym jeśli już ten temat wypływa, to nigdy nie twierdziłam, że to była jakaś pierdoła. Ale pani poczuła się w obowiązku wyjaśnić dlaczego dzwoniła. Chodziło o podręcznik do angielskiego. Że nie wiedziała, czy mamy Evolution czy Evolution Plus. Choć od czerwca w szkole i na stronie internetowej jest info, ze Evolution Plus, na co jej zwróciłam uwagę. Jej kontrargument był taki, że u niej w szkole (pani jest pedagogiem w innej podstawówce) jest Evolution ...
Ale jakoś udało nam się osiągnąć konsensus.

Potem podeszła inna mama z pytaniem dlaczego jej syn nie ma jeszcze przygotowanych dostosowań. Mam jedno dziecko z opinią, ale nie ma w niej zaleceń do dostosowania wymagań, tylko są wskazania to wydłużenia czasu pracy itd. W takim wypadku nie obowiązuje nas tworzenie płachty z dostosowaniem. Odpowiedziałam, że rozmawiałam z panią pedagog i że chłopiec ów (niech będzie Józio) nie ma dostosowań, a tylko zalecenia. Ale, że przypomnę nauczycielom oczywiście o wydłużeniu czasu pracy itd. Pani pokiwała głową i odeszła. Wracam do domu po zebraniu a tu sms od DK: Dlaczego Józio nie ma dostosowań? Przecież wiesz, że ma dysleksję! Automatycznie odpisałam że wszystko jest wyjaśnione z pedagogiem i mamą. Dopiero w chwilę potem przyszła refleksja, że po co ja się jej tłumaczę? Przecież nie jest już wychowawcą Józia! Chwilę potem przyszedł też drugi sms od DK, że chyba nie jest wszystko wyjaśnione, skoro mama Józia chce iść na skargę do dyrekcji (!!!). Tego już było za wiele. Miałam odpisać: a Ty oczywiście jako życzliwa mi koleżanka jeszcze ją w tej decyzji utwierdzasz, ale dałam spokój. Nie odpisałam nic, bo musiałabym już powiedzieć koleżance kilka ciepłych słów, a nie jest to osoba, z którą jest sens dyskutować, jeśli ma odmienne zdanie. Zastanawiam się też, na ile to jest prawda, co mi napisała, bo jak ją znam, to postanowiła tylko popsuć mi wieczór strasząc dyrektorem. Sprawa została wyjaśniona na drugi dzień przed lekcjami, ale jeszcze dziś doszły do mnie słuchy, że rodzice dzieci z mojej klasy dzwonią żalić się na mnie do starej pani wychowawczyni. Ale nie chce mi się w to wierzyć, i przypuszczam, że DK robi mi po prostu czarny PR - znam ją dość dobrze i wiem, że jest do tego zdolna.

Jest i inna koleżanka, która postanowiła utrudnić mi życie. Nie wiem czy DK ją zwerbowała - wszystko jest możliwe - czy sama od siebie poczuła się do tego obowiązku. Otóż nasza jedna nauczycielka ma akurat syna w klasie DK (pierwsza klasa). Gdy jeszcze między mną a DK kwitła przyjaźń, to nauczycielka owa była osobą bardzo przez DK nielubianą, no może za duże słowa, ale działającą jej na nerwy. Wielokrotnie mi mówiła, jak ją wkurza. Miałyśmy wspólny temat do rozmów, bo akurat pani ta nie jest lubiana i przeze mnie. Zawsze się do wszystkiego wtrąca i traktuje mnie bardzo protekcjonalnie, jakbym była świeżo przyjęta i wymagała specjalnej troski. A pracuje w szkole raptem z 7 lat dłużej ode mnie (a nawet nie wiem, czy nie 5). Teraz za punkt honoru postanowiła sobie dopomagać mi w zarządzaniu klasą. A nie jest zastępczym wychowawcą. Mało tego, w ogóle nigdy nie była wychowawcą (i nigdy nie będzie z racji specyfiki swojego przedmiotu nauczania). Po prostu stwierdziła widać, że skoro to moje pierwsze wychowawstwo, to znaczy, że nie daję rady, a ona tak świetnie to ogarnia, że może się wtrącić. Czego nie omieszkała dziś zrobić. Weszła jakby nigdy nic na moją lekcję z klasą (nie wychowawczą, a angielski) i jęła pouczać dzieci o konieczności zapisywania zadań domowych w zeszycie przedmiotowym. Skupiła się na polskim (nie uczy polskiego). Wszystko pięknie, chwalebne, że chce pomóc, ale dlaczego akurat na mojej lekcji? Niech im to mówi na przerwie. Swój tupet argumentowała tym, że zna dzieci, bo je uczyła w 3 klasie. Na początku nie zajarzyłam, po cóż u licha ona przyszła i o czym gada. No w głowie mi nie mogło postać, ze ktoś może przyjść do mojej klasy - ktoś, kto tej klasy nie uczy - i zacząć ją wychowawczo ustawiać - gdy ja stoję tuż obok. Potem zorientowałam się, ze postanowiła sobie dodać splendoru i autorytetu. Dużo siły kosztowało mnie zachowanie spokoju przy dzieciach i powstrzymanie się od wyproszenia jej z sali. Jestem osobą potrafiącą bardzo długo trzymać nerwy na wodzy. Mam nadzieję, że to był jednorazowy wybryk, następnym razem nie będę mieć skrupułów aby jej wyjaśnić, gdzie jest jej miejsce.

Mimo tych przyjemnych akcentów, praca nadal sprawia mi radość i satysfakcję. Może uda mi się zachować ten stan do czerwca.
Kolejny raz życie uczy mnie, że nie ma sensu być dla wszystkich ujmująco grzecznym i uprzejmym, a najwyższy czas zacząć traktować co niektórych z wzajemnością zamiast z życzliwością. Przyznam Wam, że ma z tym problem (tzn. z traktowaniem z wzajemnością).


Teraz z innej beczki. Jestem w grupie 'Nauczyciele angielskiego' na FB. Wiem, że kilkoro z Was, moi drodzy Czytelnicy, tez można tam spotkać. Bardzo fajna grupa, można się dużo rzeczy dowiedzieć, wymienić doświadczeniem, a jednocześnie prawie codziennie powstają wątki, na które my jako nauczyciele mamy odmienne zdanie. Wczoraj na przykład zaangażowałam się w rozmowę o piciu na lekcji (przez n-la i uczniów). Swoje stanowisko przedstawię w osobnym poście, a póki co może przedstawicie mi swoje zapatrywania w tym temacie?
A jeśli jeszcze nie jesteście w tej grupie, zachęcam do przyłączenia się. Grupa jest zamknięta, musicie napisać do admina (p. Beata) o przyjęcie.

A jeszcze nawiązując do głównego tematu dzisiejszego posta: Czy Wy dajecie swoje prywatne numery telefonu rodzicom? Czy macie taki nakaz od dyrekcji? ciekawi mnie, jak to jest w innych szkołach.


Komentarze

  1. Rub, tyle wątków poruszyłaś, że aż nie wiem od czego zacząć. Po pierwsze chyba od tego, że zaczynam Ci współczuć tych bab, z którymi pracujesz :P ja szczerze mogę przyznać, że poza dosłownie kilkoma wyjątkami mamy u nas świetnych nauczycieli, koleżeńskich, kulturalnych i umiejących się zachować z klasą. Tą kobietę, która u Ciebie stwierdziła, że "trzeba było odebrać to byś wiedziała" powinno się wysłać do przedszkola, bo to zachowanie na tym poziomie rozwoju... :)
    A co do nr tel - ja miałam wychowawstwo tylko przez rok i pamiętam, że podałam swój nr na zebraniu, ale była tylko jedna mama, która nie umiała zachować dystansu i zdarzało się, że dzwoniła z pierdołami... Dzieci też miały mój nr (sama podałam - dzisiaj aż się dziwię, że byłam taka otwarta :P), ale na szczęście nikt tego nigdy nie wykorzystał ;). A jeśli chodzi o naszą dyrektor i innych nauczycieli to większość z nich wyznaje zasadę, żeby jednak się nie spoufalać za bardzo z rodzicami i szanować swoją prywatność, więc uprzedzają, żeby się kontaktować z nimi tylko w bardzo ważnych sprawach. Chociaż są wychowawcy, którzy utrzymują stały kontakt tel. z rodzicami, ale to już ich sprawa. Ja chociaż zawsze jestem mega życzliwa dla rodziców to irytuje mnie wydzwanianie po godzinach, bo wieczory to mój prywatny czas i wystarczy mi dzieci w pracy :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie straciłam wiary w ludzi, jest u nas duże grono nauczycieli (ok.60), więc statystycznie prawdopodobne, że ktoś okaże się ... jakby to ująć - nie taki, ja by się można spodziewać. Reszta jest w miarę ok, są oczywiście osoby, o których wszyscy wiedzą, że specyficzne, na szczęście ja w otwarty konflikt weszłam tylko z panią, o które już kiedyś pisałam (ale utrzymujemy dyplomatyczne relacje, jawnej wrogości nie ma) - no i teraz z ta niby dobrą koleżanką, ale tu się absolutnie nie poczuwam do winy. Z resztą ludzi żyję w dobrych stosunkach, z niektórymi wręcz w bardzo dobrych. Mam nadzieję, że tak zostanie.

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. W mojej szkole nauczyciele w ogromnej wiekszości, są absolutnie przeciwni podawaniu numerów prywatnych. Wyjątek stanowi kilka nauczycielek edukacji wczesnoszkolnej ( to jakiś odchył, syndrom "drugiej matki"). Dyrekcja absolutnie nas popiera. Po jednej z takich wychowawczyń przejęłam klasę, jako moje pierwsze wychowawstwo. Powiem tylko tyle, że ubiegły rok, rozwydrzenie rodziców przyzwyczajonych do rozwiazywania za nich każdych pierdół i ich porównywanie mnie do poprzedniej pani wpędziły mnie w stan znienawidzenia pracy w szkole. Stan ten na szczęście minął.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja oczywiście numeru nie podałam. Jestem w szkole codziennie od rana, podałam maila i mam wyznaczoną godzinę konsultacji. No ile można??? P.S. Podziwiam Cię, że tak bez ogródek powiedziałaś rodzicom o tym telefonie. Brawo!

      Usuń
    2. U nas niestety większość nauczycieli, również w klasach 4-6 podaje swoje telefony i wiem, że wiele moich koleżanek było i jest nadal mocno zaskoczonych moją decyzją, choć przyznają, ze one żałują podania swojej komórki, ale że inaczej się nie dało. Chyba jako świeży wychowawca po prostu nie zdaję sobie sprawy z pewnych rzeczy i nie mam skrupułów tam, gdzie doświadczenie starszych nauczycieli nauczyło je mieć.
      Widzę, że z tą drugą matką to powielam Twój schemat, tylko to takie toksyczne rodzicielstwo w moim odczuciu ;)

      Usuń
    3. A mi się wydaje, Rub, że właśnie to Ty jako młody nauczyciel masz świeższe i lepsze spojrzenie na pewne sprawy niż Twoje koleżanki :) patrzysz na to obiektywniej, a one robią pewne rzeczy z przyzwyczajenia i nie widzą pewnych wad swojego podejścia :p

      Usuń
    4. Chyba masz rację. Ale i tak je podziwiam, że to wszystko tak ogarniają. Ja chyba jestem zbyt wyluzowana na tę funkcje, nawet teczki wychowawcy jeszcze nie skończyłam, dziś dopiero kserowałam opinie dla innych n-li... Nie stresuję się. Może nie doceniam powagi sytuacji ;)

      Usuń
  4. Wiesz, jak doszłam do pani, która Ci wparadowała na lekcję i zaczęła wychowywać to dostałam głupawki. Bardzo dobrze, że powiedziałaś rodzicom, żeby kontaktowali się z Tobą w inny sposób, od początku trzeba stawiać granice, a niektórzy rodzice potrafią wydzwaniać non stop...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to o głupotę typu 'co było zadane na dzisiejszej lekcji, bo dziecko nie zapisało' - przykład od nas ze szkoły.
      Albo inna mama dzwoni do wychowawczyni - proszę pani, niech pani coś zrobi, bo ja już nie wiem i nie mam siły. Dziecko mnie nie słucha.Co mam zrobić? (autentyczne)

      Usuń
  5. Ja tylko wypowiem się o piciu na lekcji (broń boshe nie %) Czytałam, że na mózgi bardzo dobrze działa niegazowana woda mineralna, ponieważ dostarcza mózgom tlen i lepiej się myśli. Co do kubusiów i innych col - nie jestem przekonana. Nauczyciele też powinni pić wodę czy herbatkę, bo czasami w gardle zasycha i jest ciężko cokolwiek powiedzieć. Na studiach z piciem na zajęciach nikt nie ma problemu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na studiach nie ma z tym problemu, bo uczy się w miarę dorosłych ludzi ;) Standardowa sytuacja na lekcji: jedno dziecko pyta: proszę pani, mogę się napić? Na co ja: tak, Kuba, możesz. Drugie dziecko: a to na angielskim można pić? Ja na to: tak, czasem, jak ktoś jest bardzo spragniony i zmęczony to może się po cichu się napić. Na co jakieś 5 osób naraz: proszę pani, to ja też mogę się napić? I zaczyna się wielkie klasowe wyciąganie butelek i picie :D praca z dziećmi jest pełna pułapek :P i chociaż ja też jestem zwolennikiem nie zakazywania picia to trzeba umiejętnie określić co można a co nie :)

      Usuń
    2. O piciu zrobię nowy post niedługo. Nie wiedziałam, że może to być jakikolwiek problem, okazuje się, że tak!

      Usuń
  6. Swój numer telefonu ukrywałam jak nie wiem co... do czasu, gdy sprawa była bardzo ważna, wymagająca natychmiastowego działania rodziców i wychowawców, a dyrektora ze swoim dodatkowym, służbowym telefonem była na urlopie. A telefon stacjonarny w placówce był zepsuty. Dalej jest zepsuty, to już kolejny miesiąc.

    Na razie nie miałam problemów, żeby rodzice jakoś wykorzystywali mój numer. Dzieci też nie zdobyły go (a tego bałam się najbardziej, że dziecko, które dowie się, że dzwoniłam do rodzica, wyczyta ze spisu połączeń mój numer), więc jest spokojnie. I oby tak dalej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie robię tajemnicy wokół telefonu, zresztą połowa moich rodziców go ma z racji tej zielonej szkoły, prosiłam tylko, żeby go nie używali. A dwa lata temu podałam mój numer uczniom w klasie 6, gdy ćwiczyliśmy pisanie smsów po angielsku - ani razu nie został wykorzystany w niecny sposób - ale to każdy z nas nauczycieli wie, w jakiej klasie można sobie na to pozwolić. To była moja ukochana klasa, bardzo lubiłam te dzieci, były wspaniałe i mądre.

      Usuń
  7. Numery oficjalnie nie podaję, ale niestety były takie sytuację, że musiałam zadzwonić nagle do rodziców i telefon się rozszedł po szkole. Ogólnie rodzice go nie wykorzystują, jak dzwonią to bardzo przepraszają. Tylko w mojej pierwszej klasie było ciężko- ja bardzo mloda, rodzice trochę prymitywni i dzwonili w niedzielę, że nie zdążyli wypożyczyć książki i co mają zrobić czy mogą przeczytać streszczenie w Internecie! Albo miałam chłopca z ADHD i mama pisała mi smsy jak wpisalam mu uwagę, że widocznie mnie nie lubi, bo Pani z religii się nie skarży. A ja wtedy głupia odpisywałam! Teraz bym się tak nie poniżyła i nie dala wciągnąć w jałową smsową dyskusję. Cóż człowiek uczy się na własnych błędach! A co do picia, ja piję dzieci nie. Uczę klasy młodsze i dobrze wiem, że często książki i zeszyty byłyby pozalewane.

    OdpowiedzUsuń
  8. Współczuję Ci, Aniu i życzę Ci, byś się nie poddała. Powodzenia.

    OdpowiedzUsuń
  9. Z tymi telefonami to tak:

    1. zawsze przysięgam sobie ,że więcej nie dam , bo niektórzy rodzice dzwonią z takimi "pierdami" np o 21.00 w sobotę ,kiedy właśnie jestem z mężem po wypiciu grzańca i kiepsko się to kończy... Tak nawrzeszczałam na jedną matkę , bo też dzwoniła z pretensjami "z numeru prywatnego" więc nie wiedziałam kto to i odebrałam... Potem musiałam łagodzić sytuację - ale na szczęście wybrnęłam...
    2. z drugiej strony - często nie mogę się skontaktować z rodzicami ze szkoły , nie odbierają , bo pracują i łatwiej mi ich złapać wieczorem, ewentualnie sami oddzwonią (rzadko). A że środowisko trudne - to kontaktów poza zebraniami jest mnóstwo i daję ten telefon dla własnej wygody.
    3. Oczywiście zastrzegłam ,że dzwonimy w sprawach niecierpiących zwłoki, a na co dzień jak coś to są dzienniczki - specjalne z mnóstwem miejsca , dziennik elektroniczny - szkoda tylko ,że większość z rodziców z niego nie korzysta , bo internet jest dla nich poza zasięgiem ( na własne życzenie) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  10. Moim zdaniem skoro nauczyciel/szkoła wymaga podania numerów telefonów do rodziców, a kiedyś często i do pracy ( i przy okazji robilo się publicznie wstyd takim rodzicom), to i szkoła/wychowawca powinien podać numer kontaktowy do siebie. Inną sprawą jest dookreślenie na zebraniu kiedy, w jakich godzinach i w jakich okolicznościach wolno z tego numeru korzystać.

    Ale jak najbardziej w tej kwestii powinna panować równość.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz