Bulwers # 2

Dziś znowu trochę prywaty, ale muszę się z kimś podzielić moją frustracją. A może nie powinnam się wkurzać, bo nie mam racji?

W poniedziałek prowadzę jak gdyby nigdy nic lekcję w pierwszej klasie, gdy wchodzi pani pedagog i mówi, że na przerwie mam iść do pani dyrektor (vice). Oczywiście zastanawiałam się całą resztę lekcji o co może chodzić, czy coś przeskrobałam, nie dopilnowałam, zamknęłam dziecko w klasie (kiedyś mi się zdarzyło) itp. 
Okazało się, że jest propozycja prowadzenia angielskiego w nowo powstałej prywatnej szkole w naszym mieście - dwóch godzin w tygodniu - ale trzeba się decydować od razu. Co to za szkoła, jaka klasa, na jakiej zasadzie zatrudnienie - tego mi nie powiedziano, ale pomyślałam: "do podpisania umowy jeszcze daleko, wciąż mogę się wycofać - a co mi tam, zgodzę się - zawsze to nowe doświadczenie". Dowiedziałam się tylko, że w przyszłości istnieje możliwość większej liczby godzin, i że pracuje tam już żona naszego pana dyrektora, dlatego tym bardziej mu zależy, żeby znaleźć jakiegoś anglistę. Pan dyrektor umówił się, że nazajutrz pojedziemy tam, znaczy się do tej szkoły, razem z jego żoną i na miejscu się zorientuję co i jak.
Spytał kiedy ewentualnie mogłabym tam prowadzić lekcje, no i wyszło, że w poniedziałki i wtorki przed moimi lekcjami w mojej macierzystej szkole.
Hm, już wtedy powinno mi się zapalić światełko ostrzegawcze, że wszystko robione jest na hura, byle szybciej,  i już ustalają mi plan, a ja przecież jeszcze nie dałam ostatecznej odpowiedzi. Tzn. zgodziłam się, ale wydawało mi się, ze każdy rozumie, że póki nie ma umowy, to taka zgoda jest niewiążąca. Cóż, okazało się, że tylko ja to tak rozumiałam.

W każdym razie światełko mi się nie zapaliło i nazajutrz wyszykowana czekałam na p. dyrektora wraz z żoną, aby pojechać razem do tej nowej szkoły. A wyszykowana u mnie to znaczy kiecka i obcas. Na co dzień nie noszę obcasów, bo od stania przy tablicy i wędrowania po klasie zaraz bolą mnie nogi. 

Dojechaliśmy na miejsce. Po drodze dowiedziałam się, że szkoła liczy..... 5 (tak, PIĘCIU) uczniów. Stanowią oni tylko jedną klasę - pierwszą. Troszkę mnie to zdziwiło, ale wrodzony optymizm podszepnął, że fajnie się będzie pracować z taką małą grupką i już oczami wyobraźni widziałam siebie realizującą zajęcia, na które w klasie liczącej 20 i więcej osób nigdy nie mogłam sobie pozwolić.

Weszliśmy do szkoły, tzn. ja i żona p. dyrektora, którą nawiasem mówiąc dobrze znam z życia pozazawodowego od młodych lat. Szkoła odremontowana (bo to w takim budynku z lat 60), pomalowana, dobre wrażenie na mnie to zrobiło. I na tym niestety koniec plusów.

Pierwszy zonk był, gdy okazało się, że nikt z dyrekcji tej placówki nie kwapił się, aby przyjechać i ze mną porozmawiać. (Niepotrzebnie się odwaliłam i założyłam buty na obcasach). Gdyż główna siedziba jest w innym mieście, a w moim to taka jakby filia (pięcioosobowa, przypomnijmy). Czyli w szkole byli tylko uczniowie i ich pani wychowawczyni, bardzo młoda dziewczyna. Znaczy się wyglądała młodo. No i ja z żoną p. dyrektora. Weszłam do sali, gdzie były dzieci, zostałam przedstawiona, jako pani, która będzie ich uczyć angielskiego. "Chwileczkę, pomyślałam, no przecież jeszcze nic nie jest ustalone". Nie spodobało mi się, że już mnie przedstawiają jako ich nauczycielkę. Poza tym zastanowiło mnie, że jest już 24. września (to było wczoraj), a dzieci nie miały jeszcze ani jednej lekcji angielskiego. Frapuje mnie, co na to rodzice, którzy wywalili pewnie całkiem niezłą kasę za szkołę prywatną, w domyśle oferującą lepszą jakość kształcenia, a tymczasem brakuje tu podstawowych lekcji. No ale to nie moja sprawa. 
Dalej było tylko gorzej. Pokazano mi, gdzie jest tablica i pisaki i magnetofon, różne takie techniczne szczególiki, po prostu czułam, że za bardzo się zapędzają, jakby już było pewne, że tam pracuję. Dano mi do obejrzenia poster set wyd. Macmillan, ale do klas 4-6 :/ Stwierdziłam, że ciężko będzie zdobyć zestaw nauczycielski przy tak małej liczbie uczniów. Pani wychowawczyni pocieszyła mnie mówiąc, że ona na swój jeszcze się nie doczekała...
Coraz mniej mi się to podobało.
"No to w poniedziałek o ósmej, tak?" - spytała radośnie żona p. dyrektora
"No a co z umową?" spytałam w końcu. Z perspektywy czasu wiem, że powinnam była o to zapytać już w poniedziałek, ale skąd mogłam wiedzieć, że dyrekcja tej szkoły może okazać się tak niepoważna??
Moim niewinnym pytaniem zupełnie popsułam atmosferę.
Mówię wam, że gdybym o to nie spytała, to nikt by się nawet słowem nie zająknął na ten temat. Po prostu założono, że ja przyjdę i jak ostatni frajer poprowadzę lekcję za friko, bez umowy i w ogóle to już nie wiem, co sobie wyobrażano.
Żona p. dyrektora (żpd w skrócie) wyszła ze szkoły wykonać pilny telefon w sprawie mojej fanaberii. Dzwoniła do pani dyrektor tego przybytku i gadała jakieś 15 minut. Ja tymczasem zostałam w środku jak piąte koło u wozu, bo pani wychowawczyni zajęła się dziećmi. Siedziałam i przyglądałam się temu, a wszystko w środku mówiło mi "Uciekaj!!!"
Po 15 minutach żpd wróciła z nietęgą miną. Oznajmiłam twardo, że bez umowy nie przeprowadzę lekcji. Innymi słowy, dałam do zrozumienia, że owszem, mogę tam pracować, ale przed pierwszą lekcją chcę mieć umowę. Na to żpd oznajmiła, że ona pracuje tam w ramach wolontariatu tonem sugerującym, ze ja też tak powinnam! "Nie stać mnie na wolontariat, zresztą mam już 4 godziny w czynie społecznym w mojej szkole, a wliczając w to godziny karciane to już jest ich 6" odpowiedziałam.
Żpd podała mi numer do pani dyrektor tej placówki i powiedziała żebym zadzwoniła i wszystko sobie wyjaśniła. I to był kolejny zonk bo: a) ktoś tam z dyrekcji w ogóle powinien być już wtedy, żeby nakreślić mi sytuację; b) to nie ja ubiegałam się o pracę w tym miejscu, tylko mnie ją zaproponowano, więc to dyrekcja tej szkoły powinna do mnie dzwonić; c) przed chwilą przez 15 minut pani dyrektor rozmawiała z żpd - z pewnością jej powiedziała, że jestem obok - tak ciężko było wtedy mnie poprosić do telefonu i wszystko od razu ustalić?
No ale przełknęłam ten nietakt i stwierdziłam "co mi zależy, mogę zadzwonić". Ale już czułam takie niedomówienie pod moim adresem, że stroję focha, bo ośmielam się zapytać o umowę o pracę.

W tym miejscu chciałam zaznaczyć, że interesowała mnie tylko umowa o pracę. Wiem, że to niewygodne dla potencjalnego pracodawcy - konieczność odprowadzania składek takich, owakich, zusów i innych świstusów, ale pracowałam niegdyś i na umowę-zlecenie, i o dzieło, i nie mam dobrych doświadczeń z tego rodzaju umowami. Zdaję sobie sprawę, że finasowo lepiej wyszłabym na umowie tzw. śmieciowej aniżeli o pracę, ale akurat nie chodziło mi o pieniądze.

No więc zadzwoniłam do pani dyrektor, przedstawiłam się itp. Pani dyrektor przez telefon wydała się sympatyczną, konkretną osobą. DO CZASU. Gdy zapytałam, na jakiej zasadzie będę zatrudniona, odpowiedziała, że to nie jest rozmowa na telefon (jak to nie? to podstawowe pytanie, a skoro cię dziś nie było, to jak miałam je zadać? pomyślałam), a gdy spytałam, kiedy możemy się spotkać, odpowiedziała: w takim razie w poniedziałek wszystko omówimy już na miejscu
ja: czyli rozumiem, że wtedy nie będę prowadzić lekcji, tylko będę rozmawiać z panią?
Pd: czemu nie chce pani prowadzić lekcji?
ja: bez umowy nie poprowadzę.
Pd: czyli uzależnia pani prowadzenie lekcji od podpisania umowy?
ja: No.... tak.  (mówię wam - zgłupiałam przez chwilę. Zastanowiłam się, czy ja żądam czegoś nierealnego? czy może faktycznie to jakaś moja fanaberia? Może tak się teraz ludzi przyjmuje do pracy, że najpierw oni robią, a potem podpisują umowy?)
Pd: Nie opłaca mi się podpisywać z panią umowy na dwie godziny - wyjaśniła po prostu. Być może, ale w takim razie mnie się nie opłaca przyjeżdżać i prowadzić lekcje - miałam tak powiedzieć, ale przez wzgląd na p. dyrektora powstrzymałam się. 
ja: rozumiem, że proponuje mi pani umowę o dzieło lub zlecenie?
Pd: może o dzieło, może zlecenie, a może jeszcze coś innego... - odpowiedziała zagadkowo. Ciekawe niby co - pomyślałam - pewnie wolontariat jak żpd.
No odjęło mi mowę po prostu. Autentycznie myślałam, czy to ze mną coś jest nie tak, bo może faktycznie żądam czegoś niemożliwego?

Pytam was poważnie - czy w mojej prośbie o umowę o pracę jest coś niewłaściwego?? Nie znam się za bardzo na prawie pracy, może ktoś z was ma większe doświadczenie, mógłby mi doradzić, czy coś zrobiłam nie tak?

Pani dyrektor przerwała milczenie z mojej strony mówiąc, żebym to sobie przemyślała i oddzwoniła później. Do dziś nie oddzwoniłam.

Tymczasem pan dyrektor pytał mnie dziś, jak się sprawy mają, twardo powiedziałam, że bez umowy o pracę lekcji nie poprowadzę, i widzę, że mu nie w smak moja odmowa. Tzn. nie odmowa, bo jak będę mieć umowę, to mogę tam pracować. Ale sama już nie wiem, czy mam słuszność, domagając się tej umowy. Może istnieje jakieś inne korzystne wyjście z tej sytuacji?

Zrobiłam tez mały rekonesans w środowisku (poprzez moją mamę mam kontakty w  wydziale edukacji w urzędzie miejskim w moim mieście), i co się okazało. Otóż nie jestem pierwszą osobą, której zaproponowano pracę w tej szkole. Inni nauczyciele też byli werbowani, ale cała sprawa rozbijała się, gdy prosili o  - no właśnie - umowę o pracę. Ci, którzy zostali, pracują jako wolontariusze. Między innymi pani wychowawczyni, a musicie wiedzieć, ze pracuje tam codziennie od 7.00 do 11.00. Za frajer. Nie żebym jej zaglądała do portfela, w końcu istnieją wartości ważniejsze niż pieniądze. Może satysfakcja z pracy z dziećmi jej to wynagradza. (Chociaż moim zdaniem nie wyglądała na usatysfakcjonowaną). 

Proszę was o szczere i obiektywne opinie, jak wy byście zareagowali, i czy słusznie się oburzam?? (bo jestem zbulwersowana!).


P.S. Nie wiem, czy ma to jakiekolwiek znaczenie, ale jest to szkoła katolicka. (!!!)

TU MOŻECIE PRZECZYTAĆ MÓJ PIERWSZY BULWERS

Komentarze

  1. Nie znam się zbytnio na tym, ale ile może realnie wynosić płaca przy zatrudnieniu na 2 godziny i jakie wtedy byłyby składki? Czy w efekcie nie pracowałabyś za free?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie nie mam pojęcia. Możliwe, że tak jest.
      Problem w tym, że tam nie zatrudniają na KN, wtedy nie byłoby kłopotu z umową o pracę, a tak to nie wiem już.
      Jednak nie to mnie najbardziej wnerwiło, tylko to, że ewentualnie miałabym przeprowadzić lekcję nie wiedząc na czym stoję. Co z odpowiedzialnością nauczyciela za powierzone dzieci? Gdzie by to było uregulowane?

      Usuń
  2. O matko, nawet nie myśl że to Twoja fanaberia żądać umowy! Jeśli to firma legalnie działająca to na dwie godziny choćby umowę zlecenie zgodziliby się dać, a nie czarowali :/ Jaką można mieć gwarancję, że zapłacą za Twoją pracę? Absolutnie nie jest to gra warta świeczki, moim zdaniem.

    OdpowiedzUsuń
  3. W ogóle podejrzana sprawa, dzieci nie miały angielskiego do tej pory a przecież anglistow poszukujacych pracy jest na peczki. Niejeden swiezo upieczony absolwent wzialby taka prace chocby te 2 godz. z ucalowaniem reki. Widac nie mieli chetnych. Tu mi sie nasuwa pytanie - dlaczego? Inna sprawa czy to nie dziwne ze dyrektor zalatwia pracownikowi prace w szkole prywatnej? Co on w tym ma za interes? Wszystko jakies takie grubymi nicmi szyte. A co placy to zaden prywaciarz nie da nauczycielowi umowy o prace bo mu sie to nie oplaca, a karta nauczyciela funkcjonuje tylko w panstwowkach (jeszcze). Przy proponowanych 2 godz trzeba miec realne podejscie co do rodzaju umowy.Oczywiscie powinna ona byc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Błagam! Prywaciarz to za komuny się mówiło na przedsiębiorczych ludzi! To takie strasznie pejoratywne - co złego w tym, że ktoś ma własny biznes?

      Oczywiście inna sprawa jak go prowadzi, a tu ewidentnie jest mocno szemrana historia

      Usuń
    2. Nie wiem jak sie mowilo za komuny bo sama jeszcze wtedy nie mowiłam. :) wiec nie mam porownania. Dla mnie to okreslenie wskazujace na wyzysk pracownika, dawanie niekorzystnych dla pracownika umow, wymagania niewspolmierne do oferowanego wynagrodzenia, dysponowanie jego czasem poza praca jakby byl wlasnoscia pracodawcy. Z moich obserwacji wnika ze dzisiaj to norma.

      Usuń
    3. Popatrzyłam na to z innej perspektywy i również doszłam do wniosku, że jakiś bezrobotny absolwent bez doświadczenia zapewne zgodziłby się tak pracować - i to jest tym bardziej nieuczciwe.
      I właśnie - to dlaczego mają problem ze znalezieniem kogoś takiego, skoro jest tylu bezrobotnych nauczycieli angielskiego?

      Usuń
  4. Zgadzam się, jeśli nie dostaniesz warunków na piśmie, to skończyłoby się na wolontariacie - z lub bez Twojej zgody. Nie znam się na prawie pracy, ale zgadzam się z Bisou, jesli mieli uczciwe zamiary, to powinni zaoferować co najmniej umowę zlecenie.

    OdpowiedzUsuń
  5. dziękuję Wam bardzo za wszystkie komentarze.
    Czyli rozumiem, że nie ma sensu upierać się przy umowie o pracę, gdyż nie ma ona racji bytu przy dwóch godzinach. Okej, czyli tutaj nie miałam słuszności.
    Natomiast potwierdziliście moje głębokie wewnętrzne przekonanie, że coś jest nie tak, skoro mam prowadzić lekcję bez jakiejkolwiek umowy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, bez umowy to nawet nie powinnaś tam palcem kiwnąć. A tak jak inni wcześniej mówili, na 2h w prywatnej szkole nikt umowy o pracę Ci nie da, bo to za duże koszty dla pracodawcy. Zazwyczaj jest umowa o dzieło, dużo rzadziej umowa zlecenie, a najlepiej jak byś miała własną działalność i sama wszystkie podatki ze swojej kieszonki płaciła ;)

      Usuń
    2. Ale przecież jest coś takiego, jak niepełny etat, np. 2/18 etatu, prawda? Z tym, że umowa o pracę to straszne koszta dla pracodawcy. W tym momencie nie bronię tej szkoły, która dla mnie jest jakimś krzakiem. Zwracam uwagę niestety na duży problem naszego rynku pracy, żeby ktoś zarobił minimalną płacę ustaloną przez rząd, musiałby wypracować dla pracodawcy prawie 2 razy tyle, żeby pracodawca mógł zapłacić za niego wszystkie składki. Płaca minimalna to ZŁO! Jest to relikt gospodarki centralnie sterowanej.
      Uważam, że bardzo dobrze zrobiłaś, nie zgadzając się pracować bez umowy. Moja mama zawsze uczula mnie, żebym nigdy przenigdy nie zaczynała pracy bez umowy, choćby śmieciowej ;)
      Poza tym, jak sama zauważyłaś, coś tu śmierdzi. Zastanawiam się, czy szkoła ta ma stosowne pozwolenia i czy wszystko jest uregulowane prawnie. Śmiem wątpić.

      Usuń
    3. Umowa o pracę na niepełny etat jest możliwa jedynie, jeśli jesteś zatrudniana przez dwie lub więcej placówki, ale na KN. Czyli np. masz 15/18 etatu w jednej szkole i uzupełniasz go 3 godzinami w innej. Wtedy masz dwie umowy o pracę.
      To chyba ma związek z organem prowadzącym szkołę, który w tym wypadku jest jeden - czyli gmina.
      Co do strony prawnej - wolę nie gmerać. Obawiam się jednak, że wszystko jest w świetle prawa w porządku, a że w praktyce wygląda to różnie, to już inna sprawa ...

      Usuń
  6. Prowadzic bez kasy to mozna hulajnoge :) Jesli mialby to byc wolontariat to musi byc to z gory okreslone, kazdy musi wiedziec na co sie decyduje. Przypuszczam ze w szkole prywatnej nawet przy pelnym etacie sa marne szanse na umowe o prace (pracodawca nie chce placic wiecej skoro moze mniej). Nie wiem czy fakt ze szkola jest katolicka ma jakies znaczenie, chyba ze prowadza ja ksieza, czy siostry zakonne? Czy zupelnie swiecka osoba? Skoro pisala ze,jest to filia to moze po prostu ktos placi za marke, jest to jakas franczyzna?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W zarządzie (? - jeśli tak to mogę nazwać) są dwie osoby świeckie i ksiądz. A ta filia to taka nieformalna. Po prostu gimnazjum i liceum są w innym mieście, a w moim tylko szk. podst.

      Usuń
  7. Wydaje mi się, że jeżeli już masz jedną umowę o pracę, to druga umowa o pracę nie jest już potrzebna. W umowie o prace chodzi o to, że pracodawca płaci na ZUS i NFZ, więc masz zagwarantowany dostęp do opieki medycznej. Podwójne wpłaty na te instytucje wcale takie korzystne nie są, a opieka medyczna wcale inna nie jest. Więc dwie godziny na umowę zlecenie są bardziej korzystne, a najbardziej na umowę o dzieło. Chodzi o wysokie koszty uzyskania przychodu, jakie możesz sobie odpisać w jej przypadku. Z drugiej strony sprawa jest co najmniej dziwna i masz rację, że jesteś podejrzliwa i ostrożna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za takie fachowe doświadczenie, widzę że się na tym znasz.

      Usuń
    2. Miało być fachowe wytłumaczenie :)

      Usuń
  8. Sytuacja nie do pozazdroszczenia, skoro w całą historię zamieszany jest dyrektor twojej placówki. Bezczelny człowiek, jak można zaproponować komuś pracę bez umowy, za darmo i o tym nie wspomnieć? To się w głowie nie mieści. Twoje oczekiwania umowy o pracę trochę na wyrost, bo tak jak napisała Srećna masz już umowę o pracę, więc powinno Ci wystarczyć dzieło, z resztą trudno oczekiwać umowy o pracę przy 2 godzinach.
    Opowiem Ci jeszcze moją historię. Wiele lat temu, jak byłam na 3 roku studiów i pisałam pracę licencjacką znalazłam pobliską szkołę na praktyki. Nie chciałam tam pracować, potrzebowałam uczniów, o których mogłam "oprzeć" licencjata. Trochę obserwacji, trochę prowadzenia zajęć. W połowie roku szkolnego zaproponowano mi zastępstwo na 6 h, obiecywano, że choć stawka jest niska (bo nie mam jeszcze dyplomu) to drugie tyle stanowić będzie dodatek motywacyjny. O naiwności! Podczas podpisywania umowy okazało się, że dodatek motywacyjny jest od pół etatu, czyli od 9h, czyli zarabiałam całe 180 zł! Wszyscy mówili, żebym zrezygnowała, ale zależało mi na dokończeniu licencjatu, więc zacisnęłam zęby i przetrwałam te pół roku. Można sobie tylko wyobrazić, jak miła to była praca z rozbrykaną młodzieżą (same 5 klasy), kiedy ja ledwo miałam skończone 21 lat i zero doświadczenia. W dodatku inny nauczyciel był od przerabiania podręcznika, ja miałam TYLKO robić z nimi ćwiczenia, więc straszna nuda. Pamiętam sytuację, jak nie chciałam dzieciaka puścić do łazienki, a on podszedł do kwiatka i udawał, że tam sika. KONIEC

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale praktyki są bezpłatne i też musisz coś robić więc chyba dobre i 180 zł? Chyba, że nie starczyło Ci czasu w czasie praktyk, żeby wyrobić się z tym co miałaś przygotować sobie do pracy licencjackiej (jakieś badania na uczniach jak mniemam?), to trudno mieć pretensje, że musiałaś to ciągnąć dłużej. Poza tym jeszcze w trakcie studiów zyskałaś - małe ale zawsze - doświadczenie i potem w CV mogłaś sobie to wpisać i miałaś normalną umowę. Dziś wiele osób kończy studia i może jedynie pomarzyć o takim zastępstwie, bardzo ciężko się dostać do szkoły państwowej tak z marszu i bez "pleców".

      Usuń
    2. No niezupełnie. Pracę licencjacką pisałam o 4 klasie, a to była 5, mogłam robić z nimi tylko zeszyt ćwiczeń, godziny praktyk wyrobiłam wcześniej, więc nie przydało mi się to do niczego. Musiałam poświecić też czas na zebrania, godziny otwarte, rady. Umowa nie była mi do ubezpieczenia potrzebna, bo byłam studentką. Jedyne co, to wpisałam to sobie do CV.

      Usuń
    3. Nie dziwię się Anicjo, że Twoja przygoda z piątoklasistami zniechęciła Cię do pracy w szkołach państwowych. Ja też długo odchorowywałam traumę z praktyk :)
      Natomiast co do osoby p. dyrektora to żywię do niego duży szacunek i nie śmiem podejrzewać, że chciał mnie w coś wkręcić. Wolę myśleć, że może sam nie wiedział jak się sprawy mają :/

      Usuń
  9. Bądź co bądź, ale z tego wszystkiego jest mi trochę żal tej ''wychowawczyni'' co robi za friko, wydaje mi się, że niebyła na dość asertywna by odmówić.
    - Agata B.

    OdpowiedzUsuń
  10. Jeśli wychowawczyni uczy za darmo to są następujące opcje dlaczego tak robi:
    * dla idei - może ma gest, albo potrzebę działania społecznego i się dodatkowo spełnia
    * ją też oszukano, czekała na umowę i się nie doczekała
    * ktoś ją do tej pracy przymusza - jeśli zaplątana jest w sprawę rodzina dyrektora szkoły to kto wie, czy np. nie warunkują dla tej wychowawczyni ilości godzin w państwówce/pełnego etatu/zatrudnienia w ogóle od tego czy zgodzi się za darmo prowadzić lekcje w tej placówce

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dodała bym
      * brak asertywności, nie potrafiła powiedzieć NIE, a nawet gdyby chciała teraz odmówić to po prostu się zwyczajnie boi bądź wstydzi

      AGata B.

      Usuń
    2. Wydaje mi się, że właśnie na takich osobach ta szkoła żeruje - jak pisałam, wyglądała na bardzo młodą osobę. Mogę się mylić, ale być może jest to jej pierwsza praca, może jest świeżo po studiach, a sami wiecie jak trudno jest znaleźć pracę absolwentom edukacji wczesnoszkolnej - jeszcze trudniej niż anglistom.
      Poza tym doskonale ją rozumiem, bo parę lat wcześniej też byłam taka naiwna, a słowo asertywność znałam tylko z teorii :/ I też pewnie dałabym się wmanipulować w coś takiego.
      Podejrzewam żpd, że zwerbowała ją z ZHP, gdyż jest tam długoletnim instruktorem, nadal czynnym (stąd właśnie ją znam - bo jak kiedyś byłam sama w ZHP, to żpd była moją przełożoną w hufcu).

      Usuń
  11. Twoje zaskoczenie/złość jest JAK NAJBARDZIEJ NATURALNE. Ja na Twoim miejscu zachowałabym się identycznie, zastanawiam się tylko czy miałabym wystarczająco odwagi, żeby wygarnąć (grzecznie, ale zawsze) pani dyrektor co myślę o takim zachowaniu. Ta kobieta liczy jedynie na to, że znajdą się głupi ludzie (przepraszam za obraźliwe określenie, ale dla mnie zgoda na pracę za darmo nie jest naiwnością, a głupotą), którzy zgodzą się na coś takiego jak praca bez umowy i wynagrodzenia. Wiem, że sama nigdy nie zgodziłabym się na taki układ, bo służy on jednemu - wykorzystywaniu ludzi i zarabianiu na naiwności innych. Inna sprawa, że ja na Twoim miejscu zgodziłabym się na umowę zlecenie/dzieło. Sama pracuję w szkole publicznej (umowa o pracę) i prywatnej językowej (zlecenie) i przy tak małej liczbie godz. umowa zlecenie nie sprawiałaby mi problemu.
    Mam tylko nadzieję, że już się nie odezwiesz do tej pani i że nie znajdzie ona nikogo kto ZA DARMO będzie dla niej pracował.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Jeszcze coś ode mnie :)
    Ostatnio też miałam dość nieprzyjemną sytuację przy szukaniu pracy, jednak nie tak bulwersującą jak Twoja. Ubiegałam się o pracę w prywatnej szkole w dużym mieście - nowo otwieranej, obok prywatnego przedszkola cieszącego się dobrą opinią - właściciele ci sami. Na pierwszej rozmowie rekrutacyjnej pojawiło się pytanie jaka interesuje mnie umowa, na co stwierdziłam, że tylko umowa o pracę (w szkole oferowano mi 15 h/tydz, zatrudnienie wg Kodeksu Pracy, a nie KN). Następnie zjawiłam się na 2 lekcjach pokazowych (pierwsza standardowa, druga dla upewnienia się czy byłabym dobrym 'wyborem'). Dodam, że takie rozmowy/lekcje są dla mnie baaardzo stresujące, zwłaszcza, że bardzo mi zależało na tej pracy (szkoła prywatna, dość dobra stawka za godz, małe grupy - praca marzenie:), w dodatku odległość ode mnie do tej szkoły to 70 km w jedną stronę, więc się najeździłam. W momencie kiedy wszystko było już omówione z panią dyrektor, liczba godzin, stawka, klasy, nawet zastanawiałyśmy się już nad podręcznikami i czekałam tylko na ostateczny potwierdzający telefon - pani dyrektor zadzwoniła i stwierdziła, że na umowę o pracę nie mogą się zgodzić. Próbowałam negocjować, zejść ze stawki godzinowej na rzecz umowy o pracę, jednak pani dyrektor mówiła o działalności gospodarczej lub umowie o dzieło (totalnie niepewnej i nieopłacalnej dla mnie). Dano mi czas na zastanowienie się, jednak już czułam, że przy takim obrocie sprawy nie zgodzę się na tę pracę. Dodam, że było to ok 5 września, więc dzieci już do szkoły chodziły, a wciąż nie było nauczyciela angielskiego - dla mnie była to dziwna sytuacja, zwłaszcza, że czesne w tej szkole było bardzo wysokie. Skończyło się na tym, że wysłałam maila do pani dyrektor z pytaniem dlaczego od początku nie powiedziano mi jak wygląda sprawa z umową. Nie otrzymałam odpowiedzi i sama też się nie skontaktowałam już z tą szkołą.
    Może byłam zbyt nieufna lub zbyt wymagająca, ale wolałam nie ryzykować - zachowanie pani dyrektor wydało mi się nie w porządku, w dodatku nie miałam pewności czy w przyszłości dostałabym umowę o pracę. A zgodzenie się na ich warunki wiązałoby się dla mnie z przeprowadzką do wynajmowanego mieszkania - więc nie mogłam podjąć decyzji o takim zmianach bez pewności, że to się opłaca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłam na wielu rozmowach o pracę w szkołach językowych (Kraków i okolice) i NIGDY nie proponowano umowy o pracę. Szkoły językowe tego nie praktykują. Wszędzie jednak mówiono wprost co proponują ze swojej strony (umowa o dzieło, zlecenie lub do wyboru jedno z nich). W sumie do tej pory nie wiedziałam nawet, że inni potencjalni "konkurenci" o pracę mogą mieć podobne wymagania (umowa o pracę) ;D

      Usuń
    2. Tak, ale to nie była szkoła językowa. Pracowałam dla paru szkół językowych i wiem, jakich warunków zatrudnienia od nich oczekiwać. Tutaj jednak mam do czynienia ze szkołą podstawową, i Emily też taką ma na myśli.
      Tak czy siak, powinni od razu informować o formie zatrudnienia, a nie nabierać wody w usta lub zwodzić kandydata do ostatniej chwili!

      Usuń
    3. Myślę, że Twoja historia dorównuje mojej, jeśli chodzi o tupet niedoszłych pracodawców :)

      Usuń
  13. Anonimowy - jeśli jest to komentarz do mojego wpisu to źle przeczytałeś. Nie ubiegałam się o pracę w szkole językowej, a w prywatnej szkole podstawowej. W szkołach językowych pracuję już od kilku lat i wiem, że tam zatrudnia się tylko o dzieło, zlecenie lub działalność. Ale szkoła podstawowa prywatna to już inna bajka i wiem, że w takich zatrudniają na umowę o pracę.

    OdpowiedzUsuń
  14. Masakra. Ja też zaraz po studiach mialam dziwną sytuacje z umową. Pani organizowała zajęcia w szkole po lekcjach, to miały byż 2 godziny w tygodniu. Szkoła niedaleko mnie, więc czemu nie. Pani miała mieć umowę na pierwszych zajęciach, niestety coś jej się omsknęło. Jak po trzecich przysłała mi umowę, okazało się, ze włożyła tam zapis o odpracowywaniu zajęć z nieobecnymi uczniami - bez płacenia mi za nie. Nie ustalałyśmy tego w początkowych rozmowach. Powiedziałam jej, ze ja stawkę za godzinę zajęć podłam i za darmo nie będę pracować. Pani nie rozumiała w czym leży problem... dodatkowo była nieuprzejma. Podziękowałam jej, wtedy jednak chciała mi zapłacić za te trzy lekcje ale ja już nie chciałam mieć z nią kontaktu. Człowiek uczy się na błędach, Ty na szczęście go nie popełniłas. Ale rozumiem Twój niesmak.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz