Bulwers

Pod tym wielce enigmatycznym tytułem postanowiłam wylać swoją złość i rozczarowanie systemem szkolenia nauczycieli angielskiego w naszym kraju.

Z góry uprzedzę, że będzie to tylko moja opinia, co zrozumiałe nacechowana subiektywizmem i każdy ma prawo się ze mną nie zgodzić. Od razu przepraszam też jeśli kogoś urażę; nie jest to moją intencją. Chętnie podejmę polemikę w komentarzach.

Wyjaśnię więc, co mnie tak bulwersuje:
Kilka lat temu intensywnie dawałam korki z angielskiego. Pewnego razu koleżanka z pracy poprosiła mnie o pomoc jej synowi, który studiował filologię ang.: "Jest bardzo zdolny i świetnie sobie radzi, wszyscy go chwalą, wspaniale mówi, ale ma problem z fonetyką". Miałam mieć z nim tylko jedną wyjaśniającą lekcję. Niechętnie się zgodziłam (tylko z tego względu, że to była koleżanka z pracy, a zresztą skoro taki zdolny, to przecież szybko załapie - ostatecznie co jest takiego strasznie trudnego w fonetyce??). Co prawda studia skończyłam parę lat wcześniej, ale coś tam mi w głowie świtało. A co mi tam, pochwalę się - byłam bardzo dobrą studentką i z fonetyki miałam piątkę.

Zaczęła się lekcja ze studentem, niech będzie, że na imię miał Rafał. Cóż się okazało - miał owszem problem z fonetyki (w ogóle nie rozumiał idei transkrypcji fonetycznej!!!!!), ale tak naprawdę to wolał, abym pomogła mu z czasami, bo zbliża się kolokwium. Pewnie niektórzy z was sprawdzili teraz, co studiował Rafał. Tak, studiował filologię angielską. Też byłam bardzo zdziwiona. Pokazał mi książkę, którą przerabiali na zajęciach. Było to "FCE Use of English" V. Evans. FCE!!! na pierwszym roku anglistyki!!!
Może nie powinnam się tak dziwić. Może to standard? Na moich studiach też przerabialiśmy Virginię, ale CPE. I też był to pierwszy rok. Może się coś pozmieniało w programie?? Nie mam pojęcia.
Ale to jeszcze nic. Ostatecznie Rafał nie miał wpływu na podręcznik, z którego go uczono (czyt. próbowano nauczyć). Okazało się, że Rafał kompletnie nie czai bazy. Mówiąc kolokwialnie. Present Simple a Present Conituous? co za różnica. Present Perfect a Present Perfect Continuous? a po co te niuanse. Past Perfect - czas zaprzeszły? - a co to takiego??
Tak było. Autentycznie.
Byłam zdumiona - to delikatnie powiedziane. Zaczynałam zadawać sobie pytanie, które część z was już zapewne sobie zadała. Pokazywał mi parafrazy z Virginii (key word transformations), które obowiązują do kolosa. Były one już z wszystkich czasów, a tymczasem biedny Rafał nie potrafił rozróżnić ciągłego od prostego!! Ba, jak się zaraz okazało, on nawet nie znał budowy czasów!
Czepiam się, powiecie. Ostatecznie nie trzeba znać budowy, żeby sprawnie mówić. My w polskim też nie myślimy nad aspektami, osobami, a jakoś nam to idzie. Zgodzę się. Na poziom konwersacyjny nie trzeba znać pewnych rzeczy. Ale: Rafał studiował anglistykę w kolegium nauczycielskim!! To oznaczało, że 3 lata później teoretycznie może uczyć nasze dzieci w szkole!!
A teraz pytanie, które każdemu z nas kołacze się już od dłuższego czasu w głowie. JAK ON TAM SIĘ DOSTAŁ?? Na podstawie rozmowy kwalifikacyjnej. Dodam, że rozmowa była po angielsku. Tylko na podstawie rozmowy. We wrześniu był test pisemny, ale tak się złożyło, że Rafał zdecydował się studiować dopiero pod koniec października (!!!), kto by sobie wtedy głowę zawracał jakimś testem. Przepytała go komisja i został przyjęty. 
Ufff, to oznacza, że przynajmniej dobrze mówi, skoro komisja zaakceptowała go jako przyszłego nauczyciela.

Śmiem twierdzić, że komisja składała się chyba z uczniów szóstej klasy szkoły podstawowej, i to przeciętnych. Wysondowałam umiejętności Rafała, jeśli chodzi o speaking, zadając kilka prostych pytań. Owszem, mówił bardzo płynnie. Szybko i sprawnie. A to, że zupełnie niegramatycznie? że brak było przedimków, końcówek gramatycznych wszelkiego rodzaju, a liczba mnoga to to samo co liczba pojedyncza? A wszystko było mówione tylko w Present Simple (a co to jest Present Simple...?) Kto by się tam tym przejmował.

A jednak się dostał. Być może komisja przymknęła oko na Rafała. Może fakt, że oto kolejny student co semestr będzie uiszczał opłatę w wysokości ok. 2500 zł przyćmił jego nie do końca doskonałą angielszczyznę.

I tu dochodzimy do sedna. Zapytacie - jaka to uczelnia upada tak nisko, żeby przyjąć w szeregi studentów kogoś o tak żenującym poziomie języka i to jeszcze w połowie semestru (bo jak go przyjęli, to już był koniec listopada)?

Nie podam jej nazwy, ale ogólnie odpowiem, że nie był to uniwersytet. Była to jakaś (przepraszam za słówko, ale samo się ciśnie) wypierdziała Wyższa Szkoła Bezrobocia w Koziej Wólce.
I stąd bierze się mój bulwers. Jestem zbulwersowana poziomem nauczania na takich uczelniach. Rafał to nie był odosobniony przypadek. Miałam też do czynienia z kilkoma innymi ludźmi studiującymi w takich szkółkach, i  z reguły były to osoby o przeciętnej (delikatnie mówiąc) znajomości języka. A potem ze swoimi dyplomami są takimi samymi kandydatami do pracy w szkołach jak ci, co pokończyli uniwerki i państwowe kolegia.

Nie chcę powiedzieć przez to, że wszystko co prywatne, to be, a najlepsze jest tylko państwowe. W obu typach uczelni są osoby ambitne, a "z próżnego to i Salomon nie naleje" również w państwówkach. Są jednak osoby, które - jeśli nie mają nad sobą bata - nie wezmą się ostro do roboty, a ten bat w większości szkół prywatnych to jakiś taki miękki jest i słabo smaga.

Wracając do Rafała. Próbowałam uczyć go na innych przykładach parafraz, ale bezskutecznie, więc dawałam mu te, które już przerobił w "szkole" z Virginii. Efekty żadne. Dlatego przeszłam do prostszej książki - "English Grammar in Use" znanego pana o nazwisku Murphy. To też okazało się być ponad siły Rafała. Przeszłam więc jeszcze niżej, przerabiając schematyczne zdania z "żółtej Siudy" (znacie tę książeczkę??) Nie uwierzycie - to też było za trudne!! Zatrzymaliśmy się więc na etapie budowy zdania w danym czasie, posiłkując się "pomarańczową Siudą". Z oporami, ale jakoś szło. Pojedyncze czasy, gdy nie trzeba było wybierać między dwoma, były jako tako opanowane. Niestety, do parafraz droga była daleka.

Dzień przed kolokwium Rafał był u mnie przez dwie godziny, ale zdołaliśmy przerobić tylko czasy teraźniejsze, i to w stopniu wysoce niezadowalającym. Nie chciałam go zniechęcać, ale marnie widziałam jego szanse. Nie myliłam się.
I tak Rafał zdawał jeszcze parę razy, za każdym razem przygotowując się u mnie i ku mojej rozpaczy cały czas powielając te same błędy. Nadszedł termin ostatecznego zaliczenia, a performance Rafała u mnie nadal był nie do przyjęcia. Była do moja autentyczna porażka pedagogiczna - po prostu nie dałam rady wbić mu absolutnie nic w głowę. Tymczasem na drugi dzień powitał mnie radosny sms: "Zdałem wszystkie czasy na czwórkę!" Czary jakieś???

Cały pierwszy rok studiowania Rafał spędził u mnie. Czasy okazały się trywialne w porównaniu ze zdaniami warunkowymi. Pierwszy raz w życiu zabrakło mi przykładów do ćwiczeń, a wierzcie mi - mam ich dosłownie tysiące. Jednak po przerobieniu tego tysiąca Rafał nie zbliżył się ani o połowę do celu, jakim było otrzymanie trójki z kolosa.

Co teraz dzieje się z Rafałem?? Uczy w szkole. Jest nauczycielem angielskiego w gimnazjum. Może uczy wasze dziecko? Miejmy nadzieję, ze wie już co to Present Simple i czym się różni od Present Continuous.


Zapraszam do dzielenia się waszym opiniami na temat prywatnego szkolnictwa.


Komentarze

  1. Aż się nie chce wierzyć. Jestem aktualnie na etapie rozmów z potencjalnymi lektorami i też "podejrzliwie" patrzę na wszelkie szkoły Lansu i Bansu. Zastanawiam się też nad wprowadzeniem testu gramatycznego dla sprawdzenia wiedzy.
    O ile rodzice mają wpływ na korepetytora, to na nauczyciela w szkole już nie. Nie ma co się jednak dziwić, że poziom w szkołach jest potwornie niski.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uważam, że test to bardzo dobry pomysł. Albo lekcja pokazowa?
      A co do korepetytora, to niestety rodzice też często nie mają żadnego pojęcia, kogo zatrudniają. Bardzo często kierują się tylko stawką, nie sprawdzają kompetencji, bo niby skąd mają wiedzieć, czego oczekiwać, jeśli są absolutnie zieloni w temacie lekcji angielskiego? Ja uczyłam kilkadziesiąt osób przez około 10 lat i tylko jedna mama spytała, czy mam wykształcenie kierunkowe.

      Usuń
    2. W sumie racja. Miałam jednak na myśli, że jeśli jest się niezadowolonym z lektora to można go zmienić (gorzej w szkole językowej, ale można zrezygnować albo poprosić o zmianę), a w szkole państwowej jest się skazanym na danego nauczyciela często przez kilka lat.

      Usuń
    3. Ehh, nauczanie angielskiego w szkołach publicznych to temat na osobną i to bardzo długą dyskusję...
      Dziękuję za Twoje opinie :)

      Usuń
  2. Dzięki za podzielenie się swoim doświadczeniem i spostrzeżeniami. Historia jest smutna. Przyznam jednak, że gdy czytałam ją, nie czułam wielkiego zdenerwowania. Doszło do mnie to, że takich historii nasłuchałam już się sporo: a to o studentach edukacji wczesnoszkolnej, którzy nie umieją rozwiązać podstawowych zadań z matematyki; a to o przyszłych lekarzach, którzy nie mają podstawowej wiedzy (i wcale jej nie nadrabiają)... I tak by można wymieniać.

    Na opisaną przez Ciebie sytuację patrzę trochę inaczej. To nie jest problem tylko filologii angielskiej, czy szkół prywatnych. Myślę, że to problem podejścia ludzi. Niezależnie gdzie będą studiować i od kogo będą się uczyć - jeśli tylko podejdą na poważnie do swojego przyszłego zawodu, to sami dołożą wszelkich starań, żeby mogli wykonywać go w przyszłości jak najlepiej.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję za Twój komentarz.
    To prawda, że najbardziej liczy się podejście ludzi. Zgadzam się w całej rozciągłości z Twoim ostatnim akapitem.
    Tylko że czasami człowiek bardzo chciałby się przyłożyć, a na marnej jakości filologii czy na innych kierunkach(nie tylko w szkołach prywatnych) często nie wie do kogo się zwrócić, jak pogłębić dany temat, z czego się samemu dokształcić. Niektórzy mogą się zniechęcić. Wydaje mi się, ze tylko prawdziwi zapaleńcy zaczną szperać i szukać na własną rękę. Niby na tym polega studiowanie, ale dobrze byłoby, gdyby ktoś takiego człowieka sumiennie poprowadził.

    OdpowiedzUsuń
  4. Sytuacja, którą opisujesz jest niestety coraz bardziej powszechna a jakość nauczania języka angielskiego w szkołach publicznych i niepublicznych drastycznie spada. Sytuacja w naszej branży bardzo mnie boli. Absolwenci takich studiów, bardzo często odbytych w języku polskim strasznie zaniżają stawki. Litościwie nie wspomnę ile zaproponowała mi duża, renomowana i sieciowa szkoła za 45 minut zajęć. Powiem tylko że np. fryzjer bierze więcej za podobny czas pracy. Nie mam nic do przedstawicieli tego zawodu, ale fryzjer nie musi mieć studiów, przygotować się do zajęć oraz dojechać do ucznia. Wiele osób prywatnych też kieruje się głównie ceną przy wyborze nauczyciela, więc w konsekwencji coraz ciężej jest się utrzymać z nauczania angielskiego nie pracując w szkole publicznej. Jeszcze trochę a selekcja w tym zawodzie będzie negatywna a dobrego nauczyciela będzie można ze świeca szukać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz absolutną rację. Zwłaszcza z tym zaniżaniem poziomu.
      Co do wynagrodzenia - kilka lat temu też w jednej ze szkół językowych proponowano mi 8zł 10gr na rękę za 45 minut. Było to dokładnie 6 lat temu.
      Nie wiem jak w większych miastach, ale u mnie, średnia stawka za 60 minut lekcji u prywatnego nauczyciela z jako takim doświadczeniem to około 30-40 zł. Jeśli robi się to w ramach działalności gospodarczej, to po uwzględnieniu wszystkich kosztów, czysty zysk z takich 30 zł to ok. 18zł. To i tak więcej niż w szkole językowej, ale ile takich lekcji trzeba zrobić w miesiącu, aby mieć chociaż 2000? Jeśli traktujemy to jako jedyne źródło dochodu. Wyliczyłam szybko, że 6 lekcji dziennie, nie uwzględniając weekendów. Wydaje się to mało, jeśli weźmiemy pod uwagę, ze ludzie pracują 8 godzin. Ale trzeba się do tego rzetelnie przygotować, a czasami takie przygotowanie trwa tyle samo co i lekcja. Odliczmy święta i przypadki choroby u ucznia bądź nauczyciela, a także weźmy pod uwagę, że trzeba by było zarabiać na zapas na czas wakacji, gdy ruch w interesie niski lub żaden, i okazuje się, ze wtedy to trzeba by było prowadzić 8 lekcji dziennie. Po pierwsze, skąd wziąć tylu uczniów. Po drugie, nawet jeśli ich tylu mamy, to przy 8 godzinach dziennie 5 razy w tygodniu drastycznie spada jakość nauczania.
      Uważam, że my jako prywatni korepetytorzy, nie zakładający działalności gospodarczej i proponując wtedy śmieszne stawki, sami sobie strzelamy w kolano. Osoba bez działalności może poprosić o 20 zł za godzinę, bo i tak nic nie odprowadza do zusu etc. Jej cena jest bardzo konkurencyjna na rynku. A niestety, ludzie raczej patrzą na cenę, a nie na jakość. Tylko nieliczni zdają sobie sprawę, że wysoka jakość i poziom zajęć kosztują.
      Przeciętny rodzic, stojąc przed wyborem studenta za 20 zł, a nauczycielem np. mianowanym, egzaminatorem OKE za 40zł, wybierze studenta, bo jest 2 razy tańszy.

      Usuń
    2. 8zł10gr? Chyba zgubiłaś cyfrę na początku bo aż tak źle to chyba nie jest. Ja się mogę wypowiedzieć o rynku warszawskim. Wydawało by się że duży i dający duże możliwości. Tymczasem druga strona medalu jest taka, że zdominowana przez studentów różnych kierunków, którzy uczą już za 20 złotych. Nauczyciele bez działalności gospodarczej biorą od 40 złotych, czyli podobnie jak u Ciebie. Działalność gospodarcza opłaca się jak masz renomę i klienci Cię polecają, a najlepiej jak uczysz w firmach bez pośrednictwa szkoły językowej. Szkoły językowe płacą ok 35 złotych BRUTTO za 45 minut za kurs firmowy. Jeżeli stawka Cię oszołomiła weź pod uwagę, że w tego typu kursach nie ma bloków zajęć - zajęcia odbywają się albo bladym świtem albo o 16-17, czyli wtedy kiedy możesz bez problemu znaleźć ucznia prywatnie.
      Wracając do jakości nauczania. Jeden z moich uczniów, osoba dobrze po 40, teraz jest na dobrym poziomie C1 (prawie C2), ale kiedy zaczynaliśmy była na B2 i uczyła się angielskiego przez ok. 10 lat najczęściej w szkołach prywatnych oraz przez jakich czas indywidualnie. osoba ta nie ma prawie wcale złych nawyków, zarówno w wymowie jak i w konstrukcjach gramatycznych, co świadczy, że przez te 10 lat miała raczej dobrych nauczycieli. Inny mój uczeń z kolei, osoba ok. 30 jest na poziomie B1, uczyła się w szkole średniej, potem miała korepetycje a potem przez dwa lata uczęszczała na kurs w renomowanej szkole językowej. W sumie ok 8 lat. Ilość złych nawyków tej osoby jest przerażająca - rażące błędy w wymowie trudno wręcz opisać, konstrukcja zdania to jeden wielki dramat, pytania w czasie Present Simple tworzy przez inwersję (Go you to school?), have z Present Perfect tłumaczy jako mieć itd. Dodam, że jest to osoba bardzo pracowita i sumienna, więc nie sądzę że braki są spowodowane brakiem pracy własnej. Dodatkowo potrzebuje angielskiego w pracy, więc ma motywację. Według mnie jest to wina przypadkowych nauczycieli bez kwalifikacji. Osoba ta straciła więc nie tylko pieniądze, ale i czas. Łatwiej byłoby jej teraz zacząć uczyć się od początku niż prostować złe nawyki. Po 8 miesiącach ciężkiej pracy wychodzimy na prostą, ale w dalszym ciągu daleka droga przed nami.

      Myślę, że te dwa przykłady znakomicie ilustrują spadek jakości nauczania języka angielskiego. Według mnie będzie tylko gorzej.

      Usuń
    3. Nie, nie zapomniałam cyfry z przodu :)
      A co do pracy w szkołach językowych, wiem jak to wygląda z autopsji. Wiem, jakie obowiązują godziny pracy w firmach i jakie są stawki, bo pracowałam jako lektor w przeszłości, na szczęście za bardziej przyzwoitą stawkę. Ale wszystko to razem (czyli godziny pracy, stawki itp.) sprawiły, że rzuciłam to w diabły i postanowiłam zatrudnić się w szkole państwowej. Stawka za godzinę podobna, ale wliczone jest w to zaplecze socjalne :) i godziny pracy mi bardziej odpowiadają :)
      Niestety, zgodzę się też z Twoją smutną konkluzją - będzie tylko gorzej.
      Dziękuję bardzo za Twój wkład w dyskusję.

      Usuń
  5. Nie od dziś wiadomo, ze jakość nauczania w dużej ilości szkół prywatnych jest niska. Często wykładowcy są proszeni o obniżenie poziomu swoich wymagań. Także nawet jeśli chcą uczyć porządnie i tak samo sprawdzać wiedzę nie mogą tego robić.
    Ja jednak zwróciłabym uwagę na jeszcze jeden aspekt opisanej przez Ciebie sytuacji. Chodzi o płeć. Zauważyłam, że dyrektorzy szkół, szczególnie chętnie zatrudniają mężczyzn. Niby wiadomo, że jest ich mało w naszej branży i że w ciąże nie zajdą ale fajnie gdyby kompetencje też miały znaczenie. A nie zawsze tak jest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to ciekawe... Nie wiedziałam, że dyskryminacja zaczyna wkraczać też na teren szkolnictwa..

      Przykre :(

      Usuń
  6. Uczyłam swego czasu na korepetycjach dziewuszkę uczęszczającą na filologię ang. w wiadomej nam -wsi. Jak ona się tam dostała - nie wiem do tej pory. Parafrazy, rozróżnianie czasów - miałam te same problemy. Dawałam jej przykłady z moich czasów licealnych, a ona nie dziamała ani trochę i tylko przeklinała na czym świat stoi, na co jej to, że takie trudne i że to chyba jakaś pomyłka! Pomagałam jej nie tylko z gramatyki, ale także i... z historii ;/

    OdpowiedzUsuń
  7. A jakim cudem on zdał?? Przecież musieli z kogoś doić kasę, a jakby się tak wszystkich pozbyli, to bieda by zapanowała.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz