Dziś więcej o mnie - part 2: moje drugie studia

Dziś po raz pierwszy po wakacjach byłam w pracy, i nie uwierzycie, ale poza angielskim będę też uczyć wuefu!! W klasie 2a (czyli 1a sprzed wakacji). Nie powiem, żebym się cieszyła.... Nie mam pojęcia, co robić na wuefie z takimi maluchami. Mam tylko godzinę wuefu, a to po to, aby uzupełnić mi etat (idąc na wakacje miałam obiecane 17/18). Teraz mam cały etat :) Ale z wuefem w 2a :// Wszystko dzięki kwalifikacjom nabytym na studiach, które opisywałam wczoraj.

Wczoraj pisałam, że szukałam sposobu, aby uniknąć pójścia do pracy :) Najprostszym rozwiązaniem wydawało się pójście na jakiś inny kierunek. Uzupełniające po pierwszych studiach od razu odpadały. Mój wybór padł na Kolegium Języka Biznesu (KJB) na UŚ (wtedy to była odrębna jednostka dydaktyczna, a teraz istnieje chyba jako katedra na filologii ang.). Wybrałam ten kierunek, bo chciałam robić coś z językiem, ale nie chciałam mieć nic wspólnego ze szkolnictwem (hehe, jaki los bywa przewrotny....). Lubiłam co prawda uczyć, dawałam korki od matury i satysfakcjonowało mnie to zajęcie, jednak nie widziałam się w roli nauczyciela w szkole państwowej.
Jak pamiętacie, pisałam, że uczyłam się angielskiego na własną rękę, odkąd zorientowałam się, że mój poziom po dwóch latach studiowania znacząco się obniżył. Chodziłam trochę na korki do dziewczyny, która była absolwentką tego kierunku. Pomogła mi w zagadnieniach biznesowych, choć nie były one wymagane na egzaminie wstępnym, ale dzięki niej korespondencja handlowa na pierwszym roku nie stanowiła dla mnie żadnego problemu. Do egzaminów wstępnych uczyłam się z Golda CPE oraz z Vince'a, kupiłam też książeczkę zatytułowaną "Let's prepare for business" wydaną przez UŚ właśnie w celu przygotowania się do egzaminu do KJB. Bardzo mi ona pomogła.
Egzamin wstępny był dla mnie dużą traumą. Po pierwsze, było MNÓSTWO kandydatów, ok. 10 na miejsce. Po drugie, był BARDZO trudny. Był to egzamin pisemny, naprawdę ciężki. Umiałam więcej niż zaraz po maturze, a jednak egzamin był dla mnie dużo trudniejszy niż wstępny na pedagogikę, który też nie należał do łatwych, nawet uwzględniając, że mój poziom był wtedy niższy. Dlatego nie robiłam sobie nadziei. Pamiętam, że w domu długo płakałam, że zmarnowałam tyle czasu i nic z tego nie będzie :(
Chyba jednak miałam zbyt niskie zdanie o sobie, bo w dniu ogłoszeniu wyników, okazało się, że jestem w pierwszej dziesiątce z moimi punktami za egzamin. Oczywiście nadal nie wierzyłam w siebie i stwierdziłam, ze po prostu miałam słabych przeciwników...
Tak czy siak, dostałam się. Przyjęto nas ok. stu na pierwszy rok.
Nauki było od razu bardzo dużo. Była to filologia, tylko, że były to studia zawodowe - od razu ze specjalnością, i dlatego mieliśmy przedmioty stricte filologiczne, jak i biznesowe i te biznesowe były i po polsku i po angielsku. W odróżnieniu od poprzednich studiów, tutaj rzadko zdarzał się tydzień bez kolokwiów. Egzaminów po każdej sesji było co najmniej 4. Nierzadko za pierwszym razem niektóre przedmioty oblewało nawet 70% studentów! Po semestrze letnim mieliśmy egzamin kompleksowy, zwany kompleksem, coś jak PNJA na typowej filologii. Był to egzamin składający się z dwóch części - trwał 2 dni. Pierwsza część to była pisemna, i obejmowała korespondencję handlową, tłumaczenia, język biznesu i gramatykę praktyczną. Kolejnego dnia była część ustna, i do niej dopuszczeni byli ci, którzy zdali część pisemną (co nie było takie łatwe, bo z każdej części trzeba było mieć 60%). Na części ustnej otrzymywaliśmy coś typu materiał stymulujący, ze zdjęciami zwykle z Newsweeka, nagłówkami z Guardiana, Economista czy innych tego typu gazet. Trzeba było dyskutować na ten temat z egzaminatorem. Egzamin kompleksowy to był mój ulubiony egzamin!
Plan nie był przyjazny dla studenta. Zazwyczaj miałam na 8.00 i kończyłam o 18.30, nierzadko o 20.30 :( Pamiętam, że w środy co dwa tygodnie na którymś roku kończyliśmy o 21.15 - od ósmej rano (!!!!!), a w czwartek mieliśmy na ósmą... Okienek było niewiele, plan był bardzo naładowany.
Mimo to bardzo miło wspominam te studia, nauczyłam się mnóstwo, bardzo rozwinęłam językowo. Nie narzekałam na przeładowany plan i naprawdę chętnie się uczyłam.

Oto lista przedmiotów typowo filologicznych, które miałam (taką gwiazdką * - asteriskiem - zaznaczam, które są biznesowe):

  • Kultura krajów anglojęzycznych
  • Wiedza o krajach anglojęzycznych
  • Bieżąca problematyka społeczno-gospodarcza *
  • Wstęp do literaturoznawstwa
  • Historia krajów anglojęzycznych
  • Konwersacja i gramatyka praktyczna (uczyliśmy się z Thomsona&Martineta, V. Evans CPE, Swana, Vince'a, ...)
  • Język biznesu *(enigmatyczna nazwa, pod którą kryło się: makro- i mikroekonomia, prawo cywilne i handlowe, negocjowanie kontraktów, ubezpieczenia - wszystko po ang. Każdy semestr poświęcony był czemuś innemu)
  • Wstęp do językoznawstwa
  • Korespondencja służbowa i handlowa*
  • Gramatyka opisowa
  • Historia literatury
  • Tłumaczenia
  • Wstęp do przekładoznawstwa
  • Historia języka 
  • Gramatyka kontrastywna


Nie będę ich wszystkich opisywać, gdyby ktoś miał pytania co do tych przedmiotów - z czego się uczyliśmy, co robiliśmy, to proszę pytać w komentarzach.

Przedmioty specjalistyczne, prowadzone w języku polskim:

  • Wiedza o Unii Europejskiej
  • Negocjowanie kontraktów w handlu zagranicznym
  • Wybrane zagadnienia z ekonomii
  • Elementy prawa cywilnego
  • Podstawy prawa handlowego
  • Podstawy marketingu i strategii promocji
  • Finanse
  • Psychologia w biznesie


Miałam też inne, takie typowe dla każdego kierunku, typu filozofia, socjologia, wf, informatyka itd.

Dużym plusem były lektoraty z innych niż angielski języków obcych. Można było wybrać język hiszpański, włoski, niemiecki, francuski, ukraiński i rosyjski. Były prowadzone na różnych poziomach, również od A1, i od razu ukierunkowane biznesowo. Przez pierwsze dwa lata miałam francuski (ale tu źle trafiłam, nie nauczyłam się NIC, babka była do niczego), a na ostatnim roku intensywnie uczyłam się od podstaw rosyjskiego. Intensywnie, czyli w wymiarze 10 godzin (tzn. 5 zajęć po 1,5h) tygodniowo. Mieliśmy aż trzech różnych wykładowców od rosyjskiego, w tym native'a. Wszyscy świetni, uwielbiałam ten przedmiot! Po roku tej nauki byłam już na poziomie B1+, ale potem nie używałam języka i zapomniałam prawie wszystko :( Żałuję, bo bardzo lubię rosyjski....  Jeśli kiedyś doczekam emerytury, to może do niego wrócę... :)

Kolejną zaletą była strona towarzyska studiów. Na poprzednich studiach miałam na roku same dziewczyny,  a tu w grupie połowa to była płeć męska - naprawdę miłe urozmaicenie i moim zdaniem o wiele zdrowsza atmosfera. Było dużo imprezowania, wspólnych wyjść i różnych takich... ;)

Innym plusem było to, że KJB był ośrodkiem egzaminacyjnym LCCI, i w korzystnej cenie można było zdać ten egzamin. Więcej o LCCI pisałam tu.

Studia były ciężkie, poprawki, i komisy zdarzały się często. Ja przeszłam je bez większych problemów, a to dlatego, że pasjonowały mnie i chętnie się uczyłam (oczywiście nie wszystkich przedmiotów). Mimo tego, trzeba było się naprawdę postarać, aby wylecieć ze studiów. A to dlatego, że wykładowcy byli bardzo ludzcy i życzliwi, naprawdę nie pamiętam jakichś uwalających za wszelką cenę świrusów. A to z kolei dlatego, że byliśmy ostatnim rocznikiem. (Znowu miałam szczęście być ostatnim rocznikiem). Kolejny nabór na język biznesu był jakieś 5 lat później. Wiadomo było, że jak ktoś zawali, to nie może wziąć warunku ani dziekanki, bo nie ma do czego wracać. Były osoby o bardzo słabym poziomie, które zaliczały wszystko po kilkanaście razy, ale w końcu z marnymi trójami szły dalej. Czy to dobrze, nie wiem...

Studia można było kontynuować na kierunkach ekonomicznych AE lub na filologii ang. na UŚ, gdzie co parę lat otwierał się specjalny kierunek MU dla absolwentów j. biznesu z naszego KJB tudzież absolwentów szkół typu WSB czy Gallus.
W zależności od tego, gdzie decydowaliśmy się kontynuować studia, trzeba było wybrać pisanie pracy ekonomicznej lub bardziej filologicznej. Tak czy siak, praca miała być po angielsku i łączyć w sobie i biznes i ekonomię. Ja chciałam kontynuować studia na filologii (te wszystkie ekonomiczne przedmioty to nie dla mnie, pozaliczałam je jakoś, ale szału nie było). Dlatego pisałam pracę językoznawczą z elementami biznesu (analizowałam nazwy produktów i co z tego wynika dla konsumenta).

Jednak zaraz po studiach postanowiłam iść do pracy, a studiować zaocznie, gdy już ją znajdę. Wszystko dlatego, że miałam już 25 lat,a przez 2 razy po 3 lata studiów dziennych nie przepracowanego ani jednego dnia w życiu! (znaczy się nie na umowę o pracę, gdyż o dzieło i zlecenie już pracowałam w szkołach językowych)

O tym, jak mi szło szukanie pracy - w następnym poście. I o kolejnych studiach :)

Komentarze

  1. Wow, jeszcze kolejne studia, czytam z wielkim zainteresowaniem :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Niestety w wielu szkołach dokłada się nauczycielom przedmioty, które do tej pory nie prowadzili. Przynajmniej możesz mieć cały etat. :) Choć pewnie teraz siedzisz i zastanawiasz się, co robić z dzieciakami na wf (zamiast robić ostatnie przygotowania do zajęć z angielskiego).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właściwie to nie przejmuję się tym zbytnio. Ta klasa ma 3 godziny wuefu i dwie mają ze swoją panią, ja prowadzę tylko jedną. Podobno konspekty i plan pracy już są gotowe, ja mam tylko przeprowadzić tę jedną lekcję w tygodniu.

      Usuń
    2. A to przynajmniej tyle, że plan masz gotowy. W takim razie powodzenia w nowym wyzwaniu. :)

      Usuń

Prześlij komentarz