Dziś więcej o mnie - part 1: moje pierwsze studia

Booklover poprosiła o napisanie, jak się studiuje filologię angielską. Ja nie studiowałam jej w trybie pięcioletnim, a żeby zrozumieć jak to wyglądało u mnie, muszę się cofnąć aż do moich pierwszych studiów. Zapraszam was do przeczytania!

Jak to się stało, że zostałam nauczycielem? Skąd wziął się pomysł na studiowanie anglistyki?? Oj, było to w moim życiu bardzo poplątane :)

Zdawałam jeszcze starą maturę. Aż do końca liceum nie wiedziałam, co począć z moim życiem. Chodziłam do ogólniaka i byłam przeciętną uczennicą. Ale matura poszła mi nadzwyczaj dobrze. Postanowiłam iść za ciosem i zdawać na takie kierunki, na które egzamin wstępny można było zdawać z polskiego i/lub angielskiego, bo te przedmioty poszły mi najlepiej. Wiem, że nie oceny z matury powinny decydować o kierunku studiów i tym samym przyszłej karierze, tylko raczej zainteresowania, ale ja w tamtym czasie nie miałam żadnych zainteresowań (poza czytaniem książek, ale bibliotekoznawstwa jakoś nie brałam pod uwagę). Zazdrościłam ludziom, którzy od dawna mieli sprecyzowane plany i pomysł na siebie. Zdawałam więc na AP w Krakowie na polonistykę (udało się!) i na UŚ na zintegrowaną edukację wczesnoszkolną z językiem angielskim. Nie zdawałam od razu po maturze na filologię angielską, gdyż aż tak nie wierzyłam w swoje umiejętności językowe. Zresztą mówiono nam, że po tym kierunku na UŚ można uczyć angielskiego w szkołach w klasach 1-3 bez żadnych dodatkowych papierów. Na UŚ też się dostałam i wybrałam ten kierunek zamiast polonistyki.
Znajomi pukali się w głowę, gdy dowiedzieli się, że zrezygnowałam z Krakowa. Byli to z reguły znajomi, którzy podostawali się na jakieś przedziwne kierunki na AGH z łączonej matury (było kiedyś takie coś przed wspaniałą reformą edukacji, pamięta ktoś z was?), na które właśnie organizowano egz. wstępny na zasadzie matury łączonej, bo inaczej pies z kulawą nogą nie zainteresowałby się tymi kierunkami, a tak to było ileś tam osób, które zdając ustną z matmy, jednocześnie zapewniały sobie miejsce na AGH i tym samym ratowały kierunek przed zamknięciem. Inaczej mówiąc, były to osoby (nie wszystkie oczywiście, ale znaczna część), którym było wszystko jedno co studiują, byle by to było w Krakowie!
Ja jednakże odznaczyłam się w tamtym  czasie dużą dawką pragmatyzmu i stwierdziłam, że wolę studiować na UŚ, gdyż były to studia licencjackie, i jeśliby mi się nie spodobały, to jakoś 3 lata przemęczę i przynajmniej będę mieć jakiś papier, a polonistyka w Krk miał trwać 5 lat (wtedy jeszcze nie wszystkie studia były w systemie 3+2 - pomyślałby kto, że opowiadam o zamierzchłych czasach,  a tymczasem było to 12 lat temu). Ponadto nie chciałam tracić kontaktu z angielskim, a nazwa kierunku zdawała się obiecywać, że będziemy robić coś  z tym językiem. Powiem wam też, że egzamin wstępny był z polskiego i dwuetapowy z ang.: ustny i pisemny. Poziomu, jaki był na pisemnym, nie udało się nam osiągnąć przez następne 3 lata...
Trafnie przewidziałam, ze studia mogą mi się nie spodobać.
Powiem nieskromnie, że nie stanowiły dla mnie wyzwania w sensie intelektualnym. Nie były porywające i nie rozwinęłam się w zasadzie w żadnym aspekcie. Po prostu nie zafascynowały mnie.
Dlatego od początku olewałam je z góry na dół. Nie uczyłam się właściwie nic. W ciągu semestru nie mieliśmy żadnych kolokwiów, więc okazja na naukę była dopiero w czasie sesji, i to po drugim semestrze, bo w pierwszym były same zaliczenia, i to nie na ocenę, tylko na "zal".
Do dziś pamiętam mój system nauki. Wierzcie mi bądź nie, ale zasiadałam do niej ok. 18.00 na dzień przed egzaminem, tzn. egzamin był nazajutrz o 9.00. Uczyłam się pilnie zwykle do 2 w nocy (raz chyba do 4), szłam spać, wstawałam ok.6.00 i jechałam na egzamin. Było nas na roku tylko 22, więc egzaminy były z reguły ustne. Mam dziwny odchył, który pomagał mi zdawać egzaminy. Otóż uwielbiam egzaminy ustne. W ogóle sesja, matura i inne tego typu rzeczy nigdy nie powodowały u mnie stresu, tylko przyjemną ekscytację. A już ustne przepytywanie to była moja pasja. Nie wiem skąd się ona wzięła, bo w czasach mej młodości byłam raczej bardzo nieśmiałą osobą. Z naciskiem na bardzo.
W każdym razie egzaminatorom podobał się chyba mój kontrolowany luz i pewność siebie, bo zdawałam te egzaminy śpiewająco. Po kilku zaledwie godzinach nauki!!! Przeważnie dostawałam piątki, czasem czwórki. Tymczasem moje koleżanki uczyły się tygodniami, i często szło im gorzej. Nie chcę, byście pomyśleli, że się chwalę, jaka to zdolna jestem. Piszę to po to, aby zobrazować, że był tam bardzo niski poziom (przynajmniej dla mnie). Nie jest moją intencją pomawiać teraz ten kierunek (zresztą już go nie ma, byłam ostatnim rocznikiem), po prostu mnie nie spasował. Zwłaszcza nie cierpiałam praktyk. Była to edukacja wczesnoszkolna, ale po ukończeniu studiów uzyskiwaliśmy też kwalifikacje do pracy w przedszkolu. Mieliśmy praktyki przedszkolne i szkolne - we wrześniu i październiku. Już samo to wystarczało, aby znienawidzić praktyki - wszak we wrześniu studenci mają wolne, co nie? Mieliśmy tez praktyki śródroczne. Tych nie cierpiałam jeszcze bardziej. Szczerze przyznam, że praktyki zniechęciły mnie (na zawsze - jak wtedy myślałam) do pracy w szkole. Praktyk śródrocznych nie cierpiałam z tego powodu, ze była to bardzo sztuczna sytuacja. Już z daleka wyczuwałam jej fałsz. Otóż wchodziłam na lekcję do klasy, której nigdy w życiu nie widziałam i której nigdy więcej miałam nie zobaczyć. Nie znałam dzieci, nawet nie starałam się ich zapamiętać. Prawdziwa pani nauczycielka siedziała gdzieś tam z tyłu. Wszystko to powodowało, że dynamika w klasie była zupełnie inna niż normalnie. Właściwie nie było żadnej dynamiki. Dzieci były przyzwyczajone do praktykantek, rzekłabym, ze już wytrenowane pod tym względem. Wiedziały jak się zachować, tzn. nie sprawiały żadnych problemow wychowawczych. Była to bardzo nienaturalna sytuacja. Oprócz prawdziwej pani nauczycielki z tyłu siedziały moje koleżanki i opiekun praktyk z uczelni, zwykle była to kobieta, która od lat była tylko teoretykiem i zapomniała, jak to jest uczyć. Jej zadaniem było mnie oceniać, a jej wizja lekcji zazwyczaj bardzo rozmijała się z moją. Moje oceny z praktyk pozostawiały wiele do życzenia.
Kolejnym minusem był poziom angielskiego na lektoracie. Był żenujący. Uczyliśmy się z Masterclassa FCE, takiego fioletowego. Tymczasem egzamin wstępny był na poziomie co najmniej C1! Masterclassa tłukliśmy jakieś 2 lata, na ostatnim roku robiliśmy CAE, już nie pamiętam z czego. Lektorka była beznadziejna, nie umiała nas zachęcić do nauki, rozbudzić pasji, siedziała tylko za biurkiem i po kolei klepaliśmy ćwiczenia z książki, a ona sprawdzała w TB, czy dobrze. Żenuła. Na drugim roku z ciekawości zrobiłam sobie jakiś arkusz maturalny, i okazało się, ze niestety mój poziom bardzo się obniżył. Zaczęłam się intensywnie uczyć na własną rękę angielskiego, żeby nie utracić tego, co umiałam w klasie maturalnej.
Były i plusy, a jakże. Kilka przedmiotów bardzo lubiłam. Np. muzykę, plastykę, arteterapię, kształcenie literackie, oraz wszystkie przedmioty związane z nauczaniem języka obcego, a to dlatego, że były one prowadzone po angielsku. Niestety nie było ich wiele: metodyka nauczania języka obcego i historia literatury obcej (nie wiedzieć czemu tylko amerykańskiej). Plusem było też to, że miałam stypendium naukowe za mój minimalny wkład w naukę. Także szósty - ostatni- semestr był jednym wielkim plusem, gdyż  mieliśmy tylko seminarium raz w tygodniu, a w pozostałe dni wolne :)
Z perspektywy czasu wiem, że to, iż teraz mam z reguły dobry kontakt z dziećmi, i mnóstwo pomysłów na lekcje z nimi, zawdzięczam w dużej mierze tym studiom. Metodyki nigdy więcej w życiu nie miałam na żadnych studiach, więc wszystko co wiem, nauczyłam się na tych pierwszych, no i potem jak już pracowałam, to czytałam różne książki metodyczne, ale solidne podstawy mam z tych studiów.
Na trzecim roku dotarło do mnie, że za chwilę obrona i muszę iść do pracy. Pracy w przedszkolu lub  w szkole, czyli tam, gdzie za wszelką cenę nie chciałam pracować. Poza tym miałam dopiero niespełna 22 lata, i po prostu w głowie mi się nie mieściło, ze już za chwilę będę pracować. Wcale mi się to nie uśmiechało. W dodatku w tzw. międzyczasie okazało się, ze nasz kierunek jednak nie daje uprawnień do nauki angielskiego, a tylko jako nauczyciel przedszkolny / wczesnoszkolny. Aby uczyć w szkole, trzeba było skończyć filologię lub mieć co najmniej FCE. Akurat mało mnie to wtedy obchodziło, bo i tak nie miałam zamiaru pracować w szkole po znienawidzonych praktykach. Gorączkowo szukałam alternatywy.
Ale o tym, gdzie mnie Los zagnał, w następnym poście.

Komentarze

  1. Dobrze jest poznać Twoją historię ze studiami. Czekam na kolejną część. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeraża mnie, że gdzieś tam są nauczyciele języka angielskiego po takich mało wymagających studiach, którzy już nie mieli ambicji i nie szkolili się dalej. Przeraża mnie, że często wystarczy FCE, co nawet mocniejszy gimnazjalista sobie poradzi. Dla Ciebie to były 3 lata relaksu, poza tymi praktykami które dosyć dziwne były. Ciekawa jestem, gdzie Cię dalej poniosło :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęście jak się okazało te studia nie były wystarczające, aby uczyć w szkole. Z tego co wiem, chyba nikt nie dostał pracy tylko z tymi studiami i FCE. Natomiast szkoły językowe i przedszkola nie piętrzyły problemów przy zatrudnieniu :/

      Usuń
  3. Ciekawie było to przeczytać, choć miałam na myśli stricte filologię ;) I czekam na kolejny post :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz