Gamification i Czaszka



Robiłam już dwa czy trzy MOOCi i powiem Wam, że ten był absolutnie najbardziej czasopochłanialny whatsoever. Zadania wymagające dużej uwagi i umiejętności przeszczepienia teorii na grunt praktyczny, kilka wcale-nie-takich-łatwych quizów plus final exam z całości materiału. Wszystko of kors pod presją czasu (sporą). Samo słuchanie wykładów zajmuje około pół godziny dziennie - no może nie jest to jakaś ogromna ilość czasu, ale poza tymi wykładami, z których warto by robić notatki, bo potem przydaje się to w czasie quizów - a zapamiętać się tego nie da - to ogrom informacji - jeszcze trzeba oddawać prace do oceny przez innych uczestników kursu, tzw. peer assessment - a na wszystko jest deadline i kary skutkujące obniżeniem punktacji za zadania w razie zrobienia po czasie (a jeśli się nie wymieścimy przed hard deadline, to już nie ma w ogóle szansy tego odrobić).

To wszystko oczywiście rozwija. Poza przyrostem wiedzy w jakiejś tam dziedzinie (tu w grywalizacji) również językowo. Trzeba rozumieć wykłady, umieć przelać precyzyjnie na papier (ekran) swoje myśli. Dla kogoś, kto na co dzień obcuje z angielskim w odmianie podstawówkowej to fajne odświeżenie umiejętności ze studiów. Dlatego nie żałuję, że poświęciłam czas na ten kurs. Ale przy pracy zawodowej, małym dziecku w domu, obowiązkach domowych jest on mocno obciążający czasowo. Edycje kursu ruszają co parę lat (poprzednia w 2012), dlatego dam Wam radę, gdyby była następna - jeśli tylko będzie się dało, wybierzcie edycję w wakacje. Ten kurs to jednak 6 tygodni dość mocno angażującej pracy. Trzeba poświęcić mu około godzinki codziennie, choć na stronie kursu jest info, że wymaga średnio 4-6h pracy tygodniowo. Cóż, widocznie jestem z tych mniej zdolnych, bo autentycznie pod sam koniec, przy największym written assessment spędzałam nad nim 2h wieczorami przez jakiś tydzień. Ale uważam, że warto było.

I co? W ramach obowiązkowych zadań opracowałam gamified system dla pracowników budżetówki w jakimś mieście gdzieś tam w USA, kolejny dla firmy zajmującej się collaborative consumption (przy okazji w ogóle dowiedziałam się, że coś takiego istnieje, bo wcześniej nie miałam pojęcia), a jednak jakoś nadal nie umiem przeszczepić zdobytej wiedzy na grunt edukacyjny. Oczywiście mam o tym większe pojęcie, niż w styczniu przed kursem, wiem o co chodzi w tym wszystkim, ale w praktyce kompletnie nie wiem jak to ogarnąć. Będę intensywnie myśleć.

Tymczasem pierwsze namacalne rezultaty kursu to rosnąca sterta gier planszowych u mnie w pokoju, jak również w pracy w szafce. O czym chyba wiecie, jeśli obserwujecie mojego Instagrama. Znalazłam kilku sprzedawców na allegro sprowadzających używane gry z UK, gdyż wersja angielska to przecież w tym przypadku absolutna zaleta. Gry są dostępne w korzystnych cenach, choć podejrzewam, że owi sprzedawcy zakupili je za około funciaka lub mniej. To już niestety u mnie nałóg, nie ma tygodnia, abym czegoś nie kupiła, ale te średnio 10 zł + przesyłka to nie jest jakaś zatrważająca kwota.
Już wcześniej lubiłam stosować gry planszowe na angielskim, ale rzadko to robiłam. Gamification dało mi potężnego kopa w tym kierunku. Wszystko dlatego, że prowadzący kurs, Kevin Worbach, prowadził swoje wykłady z pokoju, gdzie za jego plecami stały regały wypełnione grami. Rozmyślnie je eksponował i zmieniał ich ułożenie. Były tam gry wszystkim znane typu Ludo, Snakes & Ladders, Monopoly, Scrabble, ale było też kilka takich, których ja nie znałam. Na przykład Cranium. Bardzo zaciekawiło mnie kolorowe pudełko za Kevinem, które przez tygodnie miałam okazję oglądać podczas słuchania wykładów i zaczęłam szperać w sieci w poszukiwaniu informacji. Notka z wiki brzmiała mocno enigmatycznie, ale zaintrygowała mnie i poleciałam w te pędy na allegro w celu obczajenia sytuacji. Okazało się, że gra nie jest dostępna w polskiej wersji językowej, co akurat było mi tylko na rękę. Kupiłam Cranium klasyczne, praktycznie nieużywane za jakieś 30zł.











Gra wydana jest bardzo starannie. Ma dość dużo bajerów oprócz tradycyjnych pionków i kostki, co ja bardzo lubię. Kart z zadaniami jest mnóstwo. Z tym że szybko się przekonałam, że poziom językowy będzie zbyt wysoki dla klas 1-3, zresztą dla 4 również. Do tego klasy 1-3 są emocjonalnie chyba niezbyt dojrzałe na tę grę (mówię tylko ogólnie). Gra trafiła więc na półkę i póki nie opracuję łatwiejszych pytań lub jakimś cudem nie dostanę uczniów na poziomie językowym co najmniej B1 (o co w podstawówce trudno) tam pozostanie. Ewentualnie wezmę ją na lekcję wychowawczą i zagramy po polsku ze mną w roli tłumacza, bo sam zamysł gry jest świetny. Tak czy siak, weźcie to wszystko pod uwagę przy zakupie klasycznego Cranium, jeśli pracujecie wyłącznie z uczniami na poziomie A1-A2 lub niżej.

Do pudełka dołączona była ulotka, z której dowiedziałam się o innych odmianach Cranium; jest też o nich wspomniane na wikipedii. Szybko udało mi się poszerzyć swoje czaszkowe zbiory:



jest świetna, spodoba się dzieciom. Często na allegro, nawet teraz chyba są z trzy. Bierzcie!



Tę bierzcie w ciemno, oferuje nieskończenie dużo możliwości zastosowań. Uwielbiana przez wszystkich w wieku 3+! Niestety poza moim okazem nie widziałam jej na allegro. Musicie się przyczaić.



też świetna, jeszcze do końca jej nie rozgryzłam


bardzo fajna i emocjonująca, językowo trochę trudna, choć da się ją nieco ułatwić. Dzieci ją uwielbiają. Gram w nią też z nimi po polsku



O każdej z gier przygotowuję osobny wpis, zacznę od Cariboo ;)





Komentarze

  1. Dzieki za info na temat gier. Nie slyszalam o nich, a teraz chce je miec :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nieustannie Cię podziwiam, to Gamification to było niezłe wyzwanie. Czekam na szczegółowe opisy gier :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Też mam teraz fazę na gry. Znalazłam również gry na allegro może nawet u tego samego dostawcy.Muszę je przejrzeć i może coś kupię.

    Pytanie z innej beczki: W przyszłorocznych wieloletnich podręcznikach nie będzie naklejek a wiadomo,że dzieci je uwielbiają. Pomyślałam więc, żeby sama je wydrukować - chodzi mi o naklejki ze słówkami, prostymi obrazkami itd Masz może doświadczenie w tym zakresie?
    Pozdrawiam
    Marta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy nie drukowałam sama naklejek,ale myślę, że to żaden problem jak kupisz folię samoprzylepną na której można drukować. U mnie są takie w papierniczym. Ale myślę, że to drogo wyjdzie - zależy ile masz klas i dzieci w nich.Ja na pewno się na to nie pokuszę, kto by miał za to płacić?

      Usuń
  4. Gier nigdy za dużo. Opisuj i polecaj!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz