Pain in the ass




Pamiętacie moje typy uczniowskie?
Dziś opiszę szczegółowo jeden z nich, można go nazwać: "jestem synem nauczycielki i jestem najmądrzejszy" lub tak jak w tytule dzisiejszego posta.

Jest to dziecko mojej koleżanki z pracy. Chłopiec chodzi do 3 klasy, ale nie uczyłam go wcześniej, tę klasę dostałam dopiero we wrześniu. Nie znałam kompletnie dziecka, ale zapewniam, że postarał się, żebym go szybko zapamiętała. No ale mogłam się spodziewać, gdy usłyszałam na 1st lekcji: 'jestem synem pani od tego i tego w tej szkole, na pewno mnie pani zna".

No cóż, nie miałam wcześniej (nie)przyjemności, chociaż o mamie już wspomniałam tutaj KLIK, opis zaczyna się w akapicie "Jest i inna koleżanka..."

Chłopiec jest bystry i ma sporą wiedzę na różne tematy. Z angielskiego chodzi na dodatkowe lekcje, więc jest aktywny u mnie. Ale nie jest jedynym, który dobrze sobie radzi - jest w tej klasie kilkoro uczniow wyróżniających się.

Ogólnie należy do kategorii irytujących przemądrzalców, którzy zawsze się zgłaszają i mówią niepytani, nie dając szansy wykazać się innym, ale takie typy zdarzają się w każdej klasie i nie jest to powód, żeby pisać posta. Tylko że on przekracza już wszelkie granice.

Co robi więc Hieronim (tak go nazwałam na użytek posta - przepraszam wszystkich Hieronimów; wiem, że to popularne imię wsród moich Czytelnikow- no offence nothing personal)

- odpowiada za innych
- narzuca tok lekcji oznajmiając na przykład, że teraz będziemy czytać dialog dla poćwiczenia wymowy, bo UWAGA on tak robi na swoim angielskim prywatnie. To nic, że prywatnie jest czworo dzieci na zajęciach i można szlifować wymowę, aż miło - a ja mam w tej klasie 24 uczniów. Choć przyznam, że gdy tłumaczę mu z jakich powodów powyższe nie jest możliwe do wykonania z całą klasą, nie upiera sie przy swoim
- chce stanowić wzorzec wymowy - domaga się, aby klasa powtarzała po nim nowe słówka; on ma prywatne lekcje i umie wymawiać - jak zgadujecie jego wymowa jest daleka od ideału
- prowadzę w tym roku kółko gier planszowych z elementami angielskiego. Gramy m.in. w Cranium w różnych odmianach, Pikturekę, Operację, Nie obudź taty - wszystko w wersji ang. Hirek zawsze chce zdecydować, w co będziemy grać, chociaż ja odgórnie ustalam grę - na każdych zajęciach inna. bo inaczej oni graliby tylko w Cariboo :)  Mam te gry poukładane w szafkach, w biurku, no wszędzie w sumie są poukrywane.



to tylko część moich gier, mam jeszcze kilka w innej sali


Nic nie leży na wierzchu, ale kilka mam w szafce z drzwiami z taką matową szybą, i w sumie widać tam jakiś zarys gry, jesli się podejdzie blisko i przyjrzy - co on zawsze robi, gdyby mnie nie było w sali, to na pewno by tę szafkę otworzył i wszystko przegrzebał. Właściwie to jestem niemal pewna, że gdy wychodzę z sali na chwilę (wiem, nie wolno tego robić, ale zdarza mi się), to on grzebie mi wszędzie i szuka nowych gier.

Ogólnie więc jest z kategorii męczących, ale przytoczę Wam 3 takie sytuacje, które mi najbardziej utknęły w pamięci. Nie są może zbyt kontrowersyjne (poza drugą), bo zapewne większość uczniów ma takie zachowania w swoich szerokich wachlarzach odchyleń, ale u niego się skumulowały - plus wszystkie te czynniki powyższe, te cechy upierdliwca (przyznam się Wam, że nawet mu na jednej lekcji, na której jak zwykle grał nauczyciela wspomagającego na zadanie zadałam sprawdzenie idiomu pain in the neck, skoro on tak wszystko wie - ale minął z miesiąc, a nie doczekałam się odpowiedzi: albo zrozumiał aluzję, albo nie sprawdził; wszystko jedno, nie chcę z nim drążyć żadnego tematu).

1. BOLI MNIE NOGA

To, że uczniowie kłamią i wymyślają różne boleści nie jest niczym nowym. Nie wiem jak Wy, ale ja w większości przypadków od razu wiem, które dziecko kłamie. Bardzo je lubię potem na tym kłamstwie przyłapać i udowodnić im, że nie dałam się nabrać. Jednak czasem dla świętego spokoju i żeby pozbyć się marudzącego natręta, zezwalam na zejście do pani pielęgniarki. ALE NIE TYM RAZEM. Hirka za wszelką cenę chciałam zatrzymac w klasie, bo jego próby nabrania mnie na jego rzekome cierpienia były wyjątkowo żenujące. Była to lekcja, na której dzieci w grupach ćwiczyły jakąś tam gadkę, chyba zadawały sobie pytania na temat tego, co robią z komputerem. Hirkowi nie spodobało się to ćwiczenie - uznał widocznie, że jest zbyt trywialne. Zaraz przyszedł i spytał czy może zejść po mleko do świetlicy i przynieść dla klasy. Oczywiście nie zgodziłam się, można to zrobić na przerwie, a poza tym widziałam, ze nie poćwiczył gadki. Odszedł do grupy, poudawał, że pracuje, po czym wrócił po 3 minutach, że: och, ojej... boli go noga!!! I czy może zejść do pani pielęgniarki. 'Tak, możesz' - to są zawsze moje pierwsze słowa we wszystkich odmowach dotyczących wyjść gdziekolwiek na lekcji, potem dodaję - 'ale na przerwie!' :D Lubię patrzeć, jak oni już lecą do drzwi, i gdy słyszą drugą część, zawracają ;) Hirek nie miał wyjścia, wrócił do markowania pracy na lekcji. Po paru minutach był znów przy mnie, jęczący, cierpiący. Zaczęłam myśleć taktycznie. Wiedziałam na 100%, że nic mu nie jest. Ale wiecie jak to w takich przypadkach. Gdyby jednak jakimś cudem coś mu było, to potem nauczyciel ma zawsze problemy, że nie zareagował na skargi dziecka. A tu jeszcze w szkole jego mamusia... Dla chronienia swojego tyłka zgodziłam się, żeby zszedł.
Po lekcji z tą klasą mam dyżur na korytarzu własnie przed ich salą, Stałam tam więc, pilnując i nadzorując, gdy wtem kto wybiega z sali do toalety, bynajmniej nie kulejąc na chromą kończynę??? Za to lecąc jak torpeda??? I kto, widząc mnie, nagle hamuje i powłócząc obłym odnóżem, kuśtyka w stronę wc??
Nie cierpię krętactwa!!!!


2. CIASTO DLA UKOCHANEJ PANI

Nieeee, to nie ja jestem ukochaną panią Hirka. Smuteczek :( Ale ulubienicę Hirka już mieliście okazję poznać :)) To moja Była Dobra Koleżanka!!! KLIK_1 i KLIK_2 (tu wzmianka tylko o tym, jak to mi się wepchała na lekcję pokazową i poganiała, żebym kończyła szybciej).
Pani awansowała i już nie jest wychowawcą w klasie Hira, natomiast z racji jej nowej funkcji miałam zaszczyt być poddana przez nią obserwacji na lekcji, co się potocznie nazywa że byłam hospitowana. Dzień przed obserwowaną lekcją weszłam do klasy Hirka, żeby uprzedzić dzieci, że będziemy mieć gościa i poprosić o jakieś takie stonowane barwy ubrań. Dzieci bardzo się ucieszyły, gdy usłyszały, że odwiedzi je ich była pani - tak im to powiedziałyśmy z panią wychowawczynią, no przecież nie będe mówić, że będzie mnie obserwować.
Nazajutrz, czyli w dzień obserwacji, która miała być na 2 godzinie lekcyjnej, ja na pierwszej godzinie mam własnie kółko z grami, na które chodzi Hirek. Nie wiem jak tam u Was, ale mnie hospitacje-obserwacje czy jak tam zwał, kompletnie nie ruszają, zero stresu, a w sumie to nawet lubię taki exhibicjonizm (dlatego zawsze dostaję praktykantki, nikt inny nie chce oprócz mnie). Wiem, że moje lekcje są fajne i dzieciom się podobają, więc zaprawdę Wam powiem, że nawet nie przygotowuję nic extra, żadnych wodotrysków. Lecę z TB, i to niezbyt wiernie, w sumie z biegiem lat dorzucam coraz więcej własnej inwencji i zawsze wychodzi git. Teraz też tak było, graliśmy w najlepsze w coś tam na tym kółku przed hospitacją, gdy weszła moja koleżanka - mama Hira. Powiedziała, że przygotowała ciasto na moją obserwowaną lekcję. CIASTO. Całą blachę!!! Chyba musiałam mieć nietęgą minę, bo zapytała czy to ok? No jasne, że nie ok!!!! Przecież nie będę kroić ciasta na lekcji! Przecież nie będą go jeść nad podręcznikiem! I ostatnie, a najważniejsze - przecież to jawny podliz, a ja nie cierpię lizusostwa, jeszcze moja Była Dobra Koleżanka pomyśli, że to na jakieś jej obłaskawienie czy coś!!! Wszystko to, ale dyplomatycznie, powiedziałam mamie Hira (poza tym tekstem o wazelinie). Ona na to, że w sumie może to nie do końca dobry był pomysł, ale Hirek tak się ucieszył, tak bardzo ją prosił o ciasto dla ukochanej pani... No jak mogła mu odmówić?
Moim zdaniem mogła, ale co ja tam wiem.. Każdy wychowuje swoje dziecko, jak mu pasuje, nic mi do tego raczej. Odpowiedziałam, żeby w takim razie to Hirek częstował panią i ogólnie ja umywam ręce od tej hecy. 
Nie wiem jak jest u Was, ale u nas na obserwacje trzeba przygotować dla obserwującego osobne stanowisko. Ja zwykle się ograniczam do ustawienia z tyłu sali ławki i krzesła dla wice, kładę tam rozkład materiału, w trakcie lekcji dziennik, czasem podręcznik jak mam wolny egzemplarz, ale to rzadko. Niektóre babeczki ustawiają też jakiś kwiatek czy kładą serwetkę, ale mnie się od jakiegoś czasu to kojarzy tylko z tym:


demotywatory.pl


A są też osoby, które nie przygotowują nic, albo zapominają w ogóle o hospitacji ;)
Nasza pani dyrektor na radzie podsumowującej rok szkolny 2015/16 zwróciła na to uwagę, chwaląc (na szczęście bez imion) te, które coś tam przygotowują.
No ale ciasta jeszcze nie było!
Ciekawe co następne, może catering i lampka wina??
Zastanawiam się, czy zostanie to specjalnie wspomniane na radzie podsumowującej ten rok szkolny? Bo wieść o cieście rozeszła się losem błyskawicy, na szczęście koleżanki patrzyły na mnie głównie z głebokim współczuciem, każdy czuł, że to przegięcie na maksa, niepotrzebny w ogóle gest! Ale jedna była tym zachwycona, oczywiście wariatka pokroju tej KLIK



3. HALLOWEEN

Nie chcę rozpętywać burzy na temat zasadności czy braku zasadności obchodzenia Halloween w szkole. Nie o tym tutaj. Ja w każdym razie nie obchodzę ani w szkole, ani prywatnie, na lekcji robię, ale bez pompy, traktuję jak każdą inną kulturówkę. A właściwie to gorzej, po tym jak od paru lat jest taka nagonka na nauczycieli angielskiego. Mówię bardzo pobieżnie o tym, jak się obchodzi, trochę więcej o tym, skąd się wzięło, a najwięcej o tym, że nie jest to dzieło szatana hehe i nawiązuję do naszych Dziadów. 
To był czwartek 27.10. Rano moje kółko z grami, a zaraz następna lekcja to lekcja z tymi samymi dziećmi ale już normalna planowa z całą klasą. Na której właśnie mieliśmy omawiać zwyczaje i słownictwo halloweenowe. W domu, zupełnie niepomna faktu, że na kółko chodzi Hirek, którego matki specjalizację przedmiotową znacie z mojego fanpage'a, przyszykowałam około 30 kart do slotów w Cariboo - samo słownictwo. Bo tylko na tym się postanowiłam skoncentrować, skoro godzinę później miały być zwyczaje i słownictwo w nieco węższym zakresie. 
Graliśmy już wcześniej w Cariboo i dzieciom się bardzo spodobało, Hirka aż nosiło z podniety. 
WELL, NIE TYM RAZEM.
Gdy tylko usiedliśmy i powiedziałam dzieciom (na kółku jest ich tak max 7) co będziemy dzisiaj robić, Hir zaczął gmerać i szukać czegoś gorączkowo w plecaku. Za chwilę machał mi przed oczami jakąś ulotką. Taką: 







Z miejsca mnie wqrwiła ta hipokryzja, ale spokojnie powiedziałam mu, że ja nie zamierzam ich namawiać do obchodzenia czegokolwiek, a tylko chcę ich nauczyć paru słówek. Niemniej rozumiem jego poglądy i może zejść na świetlicę, bo kółko jest nieobowiązkowe - droga wolna. Ale został, chyba po to, żeby mnie wyegzorcyzmować. Bawił się z nami, jednocześnie mamrocząc pod nosem coś o pogańskich obchodach, coś tam dudrał bez przerwy. Nie wytrzymałam i powiedziałam mu, żeby jako wnikliwy i bystry chłopiec zastanowił się na zadanie domowe, może wspólnie z mamą (hehe)? - czy to przypadek, że Wielkanoc, a zwłaszcza Xmas są w okolicy przesilenia zimowego / równonocy wiosennej (wiem, że Easter zależy od księżyca, ale wiecie, o co kaman). To go zaciekawiło, więc machnęłam mu przykrótki wykład o genezie tych świąt, ale podałam tylko kilka faktów, zachęciłam, żeby resztę sprawdził na własna rękę - bałam się, że jego mama zinterpretuje moje wywody jako chęć nawrócenia go na ciemną stronę mocy. Nie wyglądał na pzekonanego, ale zamilkł.
Cóż z tego, skoro 45 minut później sytuacja się powtórzyła - na początku lekcji z całą klasą poinformowałam o celach, a ten w ostatniej ławce macha swoją ulotką. Zapytałam go, czy jeszcze raz chciałby usłyszeć wyjaśnienia? Nie chciałby. Przypomniałam, że nie musi uczestniczyć w lekcji, może biernie siedzieć.
Po paru ćwiczeniach na słownictwo włączyłam jakąś tam halloweenową piosenkę z podręcznika. Zgadnijcie, kto miał najwięcej frajdy ze śpiewania??


Komentarze

  1. Dobrze wiedzieć, że nie u wszystkich jest zawsze idealnie :D Apropos pogaństwa i chrześcijaństwa... ostatnio dzieci przygotowywały krzyżówkę ze słownictwem z lekcji. Co znalazłam u jednego pośród survivalowych słówek? "Pokarm Jezusa?" Rozwiązanie: bread :D
    A po zadaniu pracy domowej regularnie oznajmia, że on to raczej nie odrobi jakby mi miał zrobić jakąś przysługę. Jeszcze takim głosem, jakby oczekiwał ode mnie zapewnień, że on aurat nie musi. Ano, ludzie są różni, a uczniowie to już w ogóle.

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam. Przykro czytać jak nauczyciel w taki sposób się wypowiada (albo w ogóle ktokolwiek a w szczególności nauczyciel...). Prawdą jest, że ten chłopiec miał rację. Moim zdaniem należy na początku lekcji zaznaczyć, że chcemy tylko przybliżyć uczniom kulturę i obrzędy innego kraju opowiadając o ich genezie i znaczeniu a przy okazji nauczyć kilku słówek. Ale nie oszukujmy się, halloween jest świętem pogańskim i trzeba uczniom to powiedzieć. Dzieci przyswajają tylko to, że są słodycze, psikusy oraz straszne stroje - Just fun! A prawdziwej symboliki nie znają i myślą, że halloween to nic złego. Zaznajamiajmy uczniów z kulturą innych krajów ale mówmy o wszystkim a nie tylko o trick-or-treating.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz