Fnbxkv



Gdybyście mieli ochotę zapytać, jak mi upłynął zeszły piątek w pracy, odpowiem, że było ok - aż do ostatniej lekcji, kiedy to usłyszałam 'spierdalaj', otrzymałam propozycję oberwania w mordę (nie skorzystałam), a wszystko okraszone często i gęsto pokazywanym środkowym palcem pewnego miłego ucznia klasy 3.

Post ten piszę w kategorii Nauczycielski Lajfstajl, jednak mam cichą nadzieję, że takie sytuacje nie wejdą do kanonów zachowań dzieci w szkole i nie będą jednak częścią mojego lajfstajlu - ani Waszego.

Długo myślałam, jakim imieniem by Go tu na blogu określić, aby ustawie o ochronie danych osobowych stało się zadość. (Swoją drogą, to już kuriozalne, żeby absolutnie nie wspominać nigdzie imion dziecka, nawet w szkole między uczniami - może od razu na wstępie przy zapisach przydzielmy im numerki, pod którymi będą funkcjonować w rzeczywistości szkolnej?) W dobie imion od Nataniela, poprzez Kevina aż do Franciszka trudno wybrać takie, co do którego byłabym pewna, że na nikogo przez nie nie rzucę cienia podejrzenia swoim tekstem o niesfornym uczniu klasy 3 SP. Postanowiłam więc na przypadkowy zlepek liter, naciskając randomly guziczki na klawiaturze, i oto, co powstało: Fnbxkv. 

Historia zaczęła się już w pierwszej klasie, a przypuszczam, że i wcześniej, ale my jako nauczyciele mamy wątpliwą przyjemność uczestniczyć w tej tragifarsie właśnie od 1. września (tu uwaga, aby uniemożliwić identyfikację - podaję fikcyjny rok!) 3456 roku.

Nie pracuję długo i nie mam doświadczenia tak dużego jak moje koleżanki z pracy, nie oceniam ludzi na podstawie ich fizjonomii - ale w tym przypadku od razu CZUŁAM, że coś jest nie tak. I zapewniam Was, że gdybyście uczestniczyli w czymś na kształt okazania, gdzie ustawiono by przed Wami dziesięciu pierwszaków, bezbłędnie wytypowaliście Jego - Fnbxkv.

Początkowo nie sprawiał problemów, nie był agresywny, czasem tylko zachowywał się dziwnie, wpadał w różne stupory. Niby nie sprawiał kłopotu na lekcjach, a jednak każdy nauczyciel wiedział, że coś jest nie tak. Z tego względu szybko został wysłany na badanie w Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej. Jednakże nie trafił tam, gdyż mama Fnbxkv nie podzielała poglądów ciała pedagogicznego.

Jeśli chodzi o moją współpracę z nim, to z ręką na sercu powiem, że do piątku nie miałam z nim problemów, ale też zbyt rzadko się z nim widywałam (2x w tygodniu), żeby doszło do jakiegoś poważniejszego konfliktu. Raz czy dwa coś tam było nie tak, ale bez przemocy i agresji udawało się rzecz wyprostować. Zauważyłam natomiast, że od początku 3 klasy chłopiec na lekcji u mnie siedział wycofany, kompletnie nie brał aktywnego udziału w lekcji. Zapytany przeze mnie zwykle umiał odpowiedzieć, natomiast nie pracował z podręcznikiem i ćwiczeniami, na testach nie chciało mu się pisać. Tego nie było w klasie 1 i 2, gdzie czasem nawet się zgłaszał, a teraz zrobiło mu się wszystko jedno. Inteligencję chłopiec ma przeciętną, jeśli nie powyżej. Na pewno nie jest intelektualnym ułomkiem. Jedna rzecz nas jako n-li bardzo niepokoiła - od samego początku pierwszej klasy chłopiec, jeśli w ogóle sam z siebie odzywał się do n-la, to rozmawiał wyłącznie o bajkach obejrzanych w tv, a znał chyba wszystkie. Widać było, że całym sobą przeżywa to co tam się dzieje i siedzi myślami w świecie fantazji.

I tak się to kulało, ale na wiosnę ubiegłego roku, jakoś w maju czy czerwcu Fnbxkv SIĘ ZDENERWOWAŁ (nie po raz ostatni....). Postanowił dać upust nagromadzonej frustracji, a że rzecz miała akurat miejsce na boisku, szybko objął w posiadanie jakiś bezpański kamień (dość słusznych rozmiarów, właściwie to na fali plotki teraz ma wielkość głazu narzutowego, ale wtedy był jeszcze na tyle poręczny, że mógł go chwycić drugoklasista) i wymierzyć sprawiedliwość. Do tragedii nie doszło, Fnbxkv został poskromiony przez pana od wuefu, który akurat w ten słoneczny dzień miał również lekcję na świeżym powietrzu - czynem tym - tzn. poskromieniem złośnika - od razu wpisał się na jego czarną listę.

Nie byłam świadkiem tego emocjonującego wydarzenia, ale z pewnością musiało odbiegać od stereotypowych konfliktów wśród nieletnich, nawet już pomijając ten kamień. Nieczęsto zdarza się, aby w furii dziecko dostawało nadludzkiej siły, takiej, że nauczycielka nie może sobie poradzić z bądź co bądź malcem i trzeba silnego mężczyzny do ujarzmienia agresora. Hehe, tę siłę ciało pedagogiczne miało poczuć jeszcze nie raz ;)

Niedługo po tym wydarzeniu nadeszły wakacje i wszyscy zapomnieli o Fnbxkv na całe dwa miesiące. Kto liczył na to, że z dala od szkoły chłopiec uspokoi swoje skołatane nerwy i z uśmiechem wróci we wrześniu do nauki, pomylił się. Problemy zdarzały się coraz częściej, na szczęście już nie takiej rangi jak sytuacja z głazem narzutowym (wspominałam, ze chciał nim grzmotnąć koleżankę? żeby się opamiętała). Bywał arogancki w stosunku do ciała pedagogicznego czy to na lekcji czy na świetlicy, wchodził w konflikty z rówieśnikami, ale wszystko to nie wykraczało poza pewne (szerokie!) spektrum normalności. Co prawda oscylował gdzieś na brzegu, ale jeszcze mieścił się w normie. W tak zwanym międzyczasie mama była rzecz jasna informowana o zachowaniu syna, prośby o skierowanie go do ppp były ponawiane i z tą samą konsekwencją lekceważone. Więc tak naprawdę nikt nie wiedział, co z nim jest, a tym samym jako szkoła nie mogliśmy przedsięwziąć odpowiednich kroków czy to profilaktycznych, czy naprawczych. Chodził tylko na ZKK, bo do tego nie trzeba opinii z poradni.

Nadszedł pewien grudniowy dzień. Poniedziałek na tydzień przed świętami. Jakaś pierwszoklasistka ośmieliła się na przerwie rozdrażnić Fnbxkv! No cóż, musiała ją spotkać kara, a mianowicie śmierć - o czym chłopiec solennie ją zapewniał. Chciał zabić w szkole, ale - ach, ta wstrętna pani wychowawczyni! - uniemożliwiła mu to, i jeszcze wredna poinformowała panią pedagog. Cóż, i ona musi zginąć.... Egzekucja miała nastąpić w środę. W tym celu Fnbxkv przyniósł do szkoły nóż. Nasz niedoszły (seryjny - nie mam wątpliwości) morderca musi się jednak wiele jeszcze nauczyć - na przykład tego, żeby się nie zdradzać z niecnymi zamiarami przed kimś przypadkowym... Tymczasem napięcie i podniecenie z powodu tego, co ma nastąpić tak bardzo buzuje w małym (no nie takim małym, ale dużym też nie) dziewięcioletnim ciałku, że Fnbxkv nie wytrzymuje i pokazuje narzędzie niedoszłej zbrodni koledze z klasy......

Kolega jednak nie chce być wspólnikiem i informuje panią, że ktoś czyha na jej życie. Czyn bohaterski, gdyż tym samym sam staje się wrogiem Fnbxkv i jest wciągnięty na czarną listę, na czwarte miejsce po panu wuefiście, pierwszoklasistce i pani wychowawczyni.

O udaremnionym zamachu zostaje poinformowana pani pedagog oraz matka dziecka. Fnbxkv wpada tymczasem w szał, jest nie do okiełznania - pana wuefisty nie było obok, dlatego trzeba wezwać policję (do 9-latka!!!). Tutaj dla orientacji poinformuję Was, że ta akurat klasa, do której uczęszcza Fnbxkv jest z klasą 2 i 1 umieszczona w oddzielnym budynku (nie, nie ze względów bezpieczeństwa). Ja w tym czasie miałam lekcję w klasie drugiej w głównym budynku, okna akurat wychodzą na podwórko przed tym budynkiem oddzielnym. Spoglądam przez okno, moim oczom ukazuje się radiowóz... Od razu wiedziałam, że to za sprawą Fnbxkv...
Dwóch rosłych policjantów z biedą dało radę utrzymać rozwścieczonego Fnbxkv! Gdy matka zabierała go do domu, rzucił na odchodnym do swojej pani: "Jeszcze z tobą nie skończyłem..."

A my jako szkoła nie możemy niestety skończyć z nim :( A mam na myśli oczywiście pokojowe rozwiązania.

To wydarzenie niestety nie oczyściło atmosfery - czasami tak się dzieje, że staje się coś strasznego i mrocznego, ale potem wszystko się uspokaja, prawda? takie katharsis - raczej było to preludium do kolejnych aktów przemocy i zastraszania.
Policja poinformowała Inspektora ds. Nieletnich, jest założona sprawa w sądzie - szczegółów nie chcę podawać. Nic to nie zmieniło, a jest jeszcze gorzej.

Bezpośrednio po ataku dziecko miast się uspokoić, zaczęło rozwijać skrzydła. Dawał czadu w szkole (ale na szczęście dzieci wiedziały już z kim mają do czynienia i wolały ustąpić oszołomowi), ale najgorsze było po lekcjach, bo jako szkoła już kompletnie nic nie mogliśmy zrobić. Otóż zaczął się bawić w stalkera. Obierał sobie jakieś dziecko z 1 czy 2 klasy i śledził je, właściwie to szedł za nim krok w krok pod dom, gdzie na odchodnym, przy drzwiach klatki rzucał, że jeszcze się z nim policzy (z jakiego powodu to wie tylko nasz miły Fnbxkv) i wykonywał gest obserwowania, coś takiego:







Pewnego razu miał na tyle tupetu, że śledził chłopczyka, który wracał ze szkoły razem z mamą (!!!), i przy niej rzucił te groźby! Na co ona wystosowała pismo do szkoły informujące o zachowaniu ucznia naszej placówki. Dyrekcja w odpowiedzi na ten list wezwała matkę do szkoły (było to jakoś w styczniu, po Trzech Królach). W międzyczasie zdążył zastraszyć już kilkoro dzieci z klasy, m.in. jedną dziewczynkę, którą poinformował, że wie, jak wygląda jej matka, wie jakim autem jeździ i gdzie mieszkają, i lepiej, żeby nie chodziła sama do sklepu (matka!!!). Przy okazji poinformował panią wychowawczynię, że dowiedział się gdzie mieszka, i gdy już będzie większy - 'w liceum', jak to określił - to przyjdzie do niej i dokończy sprawę z grudnia (nóż). Działo się to akurat na mojej lekcji - pani wychowawczyni poinformowała pedagog, że Fnbxkv grozi innym dzieciom oraz rodzicom i jej samej, matka w trybie natychmiastowym wezwana do szkoły - akurat przyszła na mojej lekcji. Kilka minut wcześniej odbyła się rozmowaz panią pedagog, w której Fnbxkv wszystko potwierdził, nie wyparł się żadnego z powyższych zarzutów. Może myślicie, że jeszcze głupio się cieszył, w oczach widać było szaleństwo?? Powiem Wam, że to by chyba było lepsze, bo by świadczyło, że może jest lekko niespełna władz umysłowych, nie wiem, pobudzony czymś - ale nie: Fnbxkv zupełnie bez emocji odnosił się do wszystkich tych oskarżeń, chłodnym głosem tłumaczył co znaczą gesty z palcami, dlaczego śledził matkę koleżanki - bez cienia emocji. Powiem Wam, że było to dla mnie przejmujące, a zwykle mało co mnie rusza. Nie chcę użyć tu tego słowa, bo nie mam kompetencji żadnych w tym temacie, ale potocznie nazwałabym takie zachowanie socjopatycznym czy też psychopatycznym.
Mama weszła na lekcję i wezwała Fnbxkv, żeby wyszedł z nią. Zero odzewu od syna. Po prostu ją olał z góry na dół, nawet na nią nie popatrzył. Podeszła do niego i szepnęła mu coś na ucho, ale nic to nie dało, bo chłopiec uparł się, że zostanie w klasie i już. No to obróciła się na pięcie i wyszła.

Tu mnie nachodzi sfrustrowany komentarz: jakie my jako nauczyciele posiadamy narzędzia nacisku, żeby wyegzekwować coś od dziecka, skoro rodzonej matki nie posłucha? Jak mamy go obezwładniać, skoro w ataku furii tylko mężczyźni dają radę? Chłopiec nie jest otyły, nie jest pulchny nawet, ale trochę nalany, przypuszczam, że jego masa nie odbiega od mojej, a jeśli nawet, to już niedługo, bo przecież rośnie. Nie ćwiczyłam nigdy technik samoobrony, a zresztą coś mi się wydaje, że miałabym duże kłopoty, gdybym jakąś z nich zastosowała choćby w obronie innych dzieci! (już nie mówię własnej).


Kilka dni później matka została zaproszona na rozmowę z Dyrekcją, na to samo spotkanie mieli przyjść też n-le uczący Fnbxkv, w tym ja. Rozmowa przebiegała na poziomie, matka to osoba z klasą, inteligentna, świadoma, ale niestety nie dopuszczająca ani cienia myśli, że coś jest nie tak i to już od dawna. Jak się okazało, od przedszkola - mamy w klasie 2 dziecko z blizną na twarzy po bliskim spotkaniu z Fnbxkv w przedszkolu. Za wszystko obwiniała szkołę i środowisko rówieśnicze. Nie dała się przekonać do badań, między słowami dało się odgadnąć, że jakieś zrobiła, bo mówiła, że dziecko jest pod opieką specjalisty (jakiego?), który mówi, że wszystko jest dobrze (to jak się znalazł pod opieką specjalisty?). I że gdy robiła mu badanie w wieku 4 lat (po incydencie w przedszkolu chyba), to wszystko wyszło dobrze. Już nam wszystkim ręce opadły. Przy okazji wyszło też, że dziecko nadal śpi z mamą w jednym łóżku.

Już nie chcę wspominać o innych pobocznych wątkach, bo nigdy nie dojdę do Czarnego Piątku.

Od drugiego semestru Fnbxkv zaczął uczęszczać na część lekcji w trybie nauczania indywidualnego (NI), w tym na moje. Niestety, zdążyłam z nim mieć tylko 2 lekcje, potem były rekolekcje, a na 3 lekcji wydarzyło się właśnie TO. Nie powiem, żeby łatwo się z nim pracowało indywidualnie. Jest bystry, szybko łapie, łatwo się uczy, pięknie powtarza, ma wyczucie językowe, nie brak mu też odwagi w posługiwaniu się językiem - brak blokady językowej - wszystko to cieszy. Ale mówię Wam, z jakim wysiłkiem prowadzę (prowadziłam?) te zajęcia! Fnbxkv niezwykle łatwo się rozprasza, a z każdej mojej wypowiedzi ciągnie na siłę temat bajek lub filmów, zwłaszcza o Harrym Potterze i Królu Lwie. Bardzo trudno powstrzymać te dygresje i z powrotem go wciągnąć na odpowiednie tory. No ale nie było źle.
Podobnie pracuje na pozostałych zajęciach z NI.

W zeszły piątek miał od początku zły dzień. Przed zajęciami ze mną miał 2 lekcje ze swoją panią i na drugiej już dawał czadu: 'niech mi pani da jakiegoś pierwszaka, bo mam ochotę komuś dać w mordę', prosił wychowawczynię. Tarzał się jak w agonii po podłodze, piszczał, po czym wracał do ławki, robił kilka ćwiczeń i znów to samo. Przed lekcją ze mną była przerwa 15-minutowa. Przypominam, że lekcje z Fnbxkv i jego klasą nie odbywają się w głównym budynku, tylko w bocznym. NI obejmuje tylko niektóre lekcje, pozostałe Fnbxkv ma z klasą, a pomiędzy swoimi lekcjami NI Fnbxkv też spędza przerwy z dziećmi z klasy - no nie da się go odizolować ani nie mamy takiego prawa -  a jak się okazuje szkoda.

Na tej właśnie długiej przerwie Fnbxkv wraz ze swoim najlepszym kumplem z klasy 2 (też lekko świrowatym, ale tak jeszcze jakby w normie, właściwie wszystkie jego upierdliwe zachowania można znieść, choć niektóre są niesmaczne, np. lubi wypinać pośladki rozszerzając półdupki i chwaląc się sama nie wiem: kolorem odbytu?? - autentyczne! Na szczęście zwykle robi to bez ściągania ubrań, ale czasem poniesie go fantazja. Taki to właśnie najlepszy kumpel Fnbxkv) postanowili podźgać trochę koleżeństwo linijkami. Chodzili po korytarzu i mamy też tam taką małą świetlicę, no więc też po tej świetlicy i wbijali w dzieci te linijki. No jak łatwo zgadnąć nowa zabawa raczej nie przypadła dźganym dzieciom do gustu. W klasie samego Fnbxkv jest kilkoro dzieci oględnie mówiąc problematycznych, które uwielbiają go prowokować (zwłaszcza dziewczynka - niedoszła ofiara głazu narzutowego), więc podchodziły, prowokowały i z wrzaskiem uciekały. Obserwowałyśmy (ja, pani wychowawczyni i wychowawczyni klasy 2) to wszystko, ale nauczone doświadczeniem, nie chciałyśmy wykonywać żadnych kategorycznych kroków w stronę Fnbxkv póki nie będzie to absolutnie konieczne, bo nie są one w ogóle skuteczne, a tylko zaogniają sytuację. No ale szybko zabawa straciła znamiona zabawy, a dla dzieci było to bolesne. Do akcji wkroczyła pani z klasy 2 i poprosiła chłopców o odłożenie linijek. Kumpel dostosował się, Fnbxkv oczywiście nie, a mało tego, z zimną krwią patrząc w oczy owej pani dźgał dzieci dalej. Kilka razy powtórzyła prośbę, ale jak grochem o ścianę. W końcu podeszła więc i chwyciła sama tę linijkę (moim zdaniem duży błąd, bo on z tych, co nie lubią jak się im narusza przestrzeń życiową, a przez swoje tajemnicze zaburzenia reaguje na to 100x mocniej niż każdy z nas, czyli niekontrolowaną agresją - z drugiej strony jak zachować się inaczej, żeby zapewnić bezpieczeństwo dzieciom? sama nie wiem, co bym zrobiła) z nadzieją, że Fnbxkv ją puści. No płonna nadzieja, cóż. Fnbxkv zafiksował się na tej linijce, no widać było, że już sam nie wie, do czego jej potrzebuje, ale nie puści, bo musi ją mieć. A pani też postanowiła nie ustępować. Mówiła spokojnie do niego: 'Fnbxkv, puść linijkę, a ja ci ją zaraz po przerwie oddam', ale nic nie docierało do niego. Wpadał w coraz większy amok, gdy w końcu ją puścił, pani spokojnie powiedziała: 'uspokój się, a ja ci ją oddam', ale on od razu złapał linijkę z powrotem. Tylko że pani nadal nie puszczała. Ciągnął ją za rękaw, szarpał, przyciskał jej rękę z linijką do swojej. No trzeba mu oddać, że jej nie uderzył, choć w oczach czaiła się furia, ale postanowił nie odpuścić. Musi mieć swoją linijkę i koniec i musi pokazać, kto tu ma ostatnie słowo. Według owej pani jednak nie on. I tak to trwało parę minut, obok pani wychowawczyni próbowała go odciągać, ale zaprawdę powiadam Wam po raz kolejny - nie ma na niego silnych jak wpadnie w amok.

W końcu ja przejęłam linijkę i schowałam do swoje torby, żeby przerwać ten zaklęty krąg. Nie zrobiłam tego skrycie, chciałam żeby Fnbxkv widział co się dzieje, żeby nie czuł się oszukiwany czy traktowany nie fair ('uczeń podmiotem działań wychowawczych ble ble ble...'). Puścił panią, podszedł do mnie - torbę miałam na ramieniu - bez krępacji wsadził tam rękę i ją wyciągnął. Ale tak jakby lekko otrzeźwiał przy tym, bo wszedł do sali, gdzie miał mieć ze mną lekcje. My stałyśmy w trójkę w drzwiach. Popatrzył na nas, widać było, że emocje aż kipią, musiał dać im upust w bardzo elegancki sposób: pokazując środkowy palec wykrzyknął "No i co się kurwa tak gapicie?? Spierdalać!! W mordę chcecie??' Jakoś nie przyszedł nam do głowy prosty pomysł, że można zakleić dziecku buzię taśmą.... Chwycił za kosz na śmieci (ciekawe, czy zdawał sobie sprawę, że nie jest pionierem na tym polu...?) i zamierzył się w nas, ale jednak coś go jeszcze hamuje, on sam chyba był zdziwiony, że istnieje taka siła ;)

Absolutnie nie okazując żadnych emocji poprosiłam, żeby usiadł. Położyłam na ławce mój kalendarz. Podszedł, zamachnął się i zrzucił go, komentując: 'No to jesteśmy kwita za tą linijkę!'. Jeśli chciał mnie sprowokować, to mu się nie udało, bo podniosłam spokojnie i ponownie zachęciłam do zajęcia miejsca. Usiadł, ale poinformował mnie, że nie chce się uczyć i idzie do domu. Odparłam, że rozumiem iż jest zbyt wzburzony na naukę, ale do domu nie może wyjść, bo szkoła odpowiada za jego zdrowie itd. aż do zakończenia lekcji, czyli jeszcze przez 40 minut. Oczywiście moje słowa nie padły na podatny grunt, po prostu spakował się i poszedł do szatni. W tym momencie dziękowałam Bogu, że uczę go w bocznym budynku. Poszłam do pani woźnej i poprosiłam o zamknięcie drzwi na klucz, poinformowałam panią wychowawczynię, zadzwoniłam do pedagog - pracuje w drugim budynku i do mamy: 'porozmawiam z nim, gdy wróci...', i usiadłam przy drzwiach wyjściowych, które już ubrany Fnbxkv akurat próbował sforsować. Szybko jednak zrozumiał, ze nie ma szans i zrezygnowany usiadł na ławce, unikając mojego wzroku. Kilka razy poprosiłam, żeby może jednak przeczekał ten czas w sali, bez kurtki, ale ignorował mnie. Na chwilę ożywił się, gdy nadeszła pani pedagog, bo trzeba było otworzyć drzwi i wywietrzył szansę ucieczki (udaremniłam, stając przy drzwiach, a nie odważył się przebiec po mnie). W międzyczasie okazało się, że pani z drugiej klasy ma od tej linijki paskudnie przecięty kciuk, sama nie wie, kiedy to się stało, no w trakcie przepychanek zapewne, ale podniesiony poziom adrenaliny u nich obojga zatamował chyba ból. To wyjaśniało zakrwawiony rękaw Fnbxkv . Na początku myślałam, że to on jest ranny, oczywiście nie dał się dotknąć żeby to zbadać, a sam nie potwierdził ani nie zaprzeczył, że jest ranny.

Na pytania pedagog, dlaczego tak się zachował, Fnbxkv odpowiedział krótko: "Ma co chciała! trzeba było nie zaczynać.". A czy brałeś leki? - kolejne pytanie pani (podejrzewamy, że mama daje mu jakieś leki, bo bywają dni, że jest bardzo ospały i anemiczny, w tych dniach nie ma szans, żeby dostał furii, ale życia też w nim nie ma) - 'A co to panią obchodzi? To moja sprawa!'
Potem pani pedagog wróciła do siebie, Fnbxkv usiadł zrezygnowany na ławce. Wiecie co? Nie jestem kompletnie sentymentalna, ale żal mi się go zrobiło. Widziałam, że tak się zapętlił, że sam nie wie, jak z tego wybrnąć. W dodatku nie do końca byłabym w stanie go obwiniać, możliwe, że to jest gdzieś poza nim i on nie ma na to wpływu. Szkoda, ze nie wiemy, co mu naprawdę jest, wtedy i nasze zachowanie względem niego byłoby inne. Może nikt nie oskarżałby go o brak zasad i wychowania, gdybyśmy wiedzieli, że jest to zaburzenie niezależne od niego. No ale mama nie ujawnia absolutnie nic, a wobec takiego jej stanowiska jesteśmy zobowiązani traktować go jak każdego innego ucznia.

Przykre i to, że w piątek miała wyjść ze szkoły do sądu opinia, że NI przyniosło pozytywne skutki - no jak widać nie. I do sądu po piątkowym incydencie pójdzie zupełnie inna opinia :/

Ostatnie 3 minuty tego czekania na dzwonek to była fizyczna walka między mną a Fnbxkv o wyjście ze szkoły. Jeśliby nie chodziło o jego bezpieczeństwo i mój spokój psychiczny, pewnie bym się nie wdawała w żadne przepychanki, ale chciał wybiec ze szkoły, gdy usłyszał, że jeszcze tylko 3 minuty. Zaraz koło szkoły biegnie droga, co jakiś czas jedzie po niej samochód, a on taki wzburzony o 11.28 wybiegłby prosto pod niego - i kto miałby wtedy kłopoty?? Dlatego nie dałam się odepchnąć, tylko stałam i z całej siły trzymałam te cholerne drzwi (pani woźna zapomniała je zamknąć na klucz po wyjściu pani pedagog), a on napierał i napierał, na szczęście atak i furia była wymierzona w drzwi, nie we mnie. Próbowałam go uspokoić, mówiłam, że jeszcze tylko minuta, żeby policzył ze mną spokojnie do 60, ale nic to nie dało, nie potrafił nad sobą zapanować. W końcu zadźwięczał dzwonek, on wyskoczył ze szkoły jak korek od szampana, zrobił 2 kroki i nagle zatrzymał się. Powoli się odwrócił i z nienawiścią w oczach podniósł do góry pięść, na której palcami drugiej ustawił fuckera i pokazał mi go... Czyżbym i ja od piątku figurowała na czarnej liście??
\


P.S. Zapomniałam!!!!! Jak mogłam???? Na pytania do matki, jak wytłumaczy obecność noża w szkole: "Ale on nie miał zamiaru nic z nim zrobić... Naoglądał sie tylko "Szkoły" (program na tvn) i się zainspirował... Państwo nie wiecie, ale on po tym czasie kilkakrotnie jeszcze nosił nóż i nic się nie stało,..."




Komentarze

  1. Ja się cały czas zastanawiam co z tym dzieckiem można zrobić, czy są jakieś możliwości prawne? to dziecko ma na pewno zaburzenia i najgorsza w tym wszystkim jest matka, która udaje, że problemu nie ma i dlatego nie można nic z tym zrobić. on powinien przejść solidne badania psychiatryczne... Ania, współczuję Ci, u nas też są trudne przypadki, nawet bardzo, ale takiego szaleńca na szczęście nie mamy.
    może chociaż sąd coś z tym zrobi jak będą napływały kolejne informacje od szkoły o jego odchyleniach - nakaz przebadania dziecka czy coś... psycholog przydałby się też matce - jak można wiedzieć, że dziecko nosi nóż do szkoły i uważać, że to nic złego?
    u nas w szkole mieliśmy kiedyś wielki problem z pewnym chłopcem (prawdopodobnie zespół Aspergera + ADHD), ale rodzice nie zgadzali się na żadne badania mimo, że dziecko wyczyniało cuda (np. sikanie przez otwarte okno, dotykanie dziewczynek w miejsca intymne) i nauczyciele mieli założony specjalny zeszyt dla niego, którym zapisywali wszelkie dziwne zachowania, problemy, konflikty bardzo szczegółowo, żeby w razie jakiejś kontroli odgórnej mieć potwierdzenie, że nie wymyślili sobie wszystkiego. rodzice mimo, że byli nastawieni wrogo do szkoły mieli obowiązek podpisywać info w tym zeszycie. może i Wy wprowadźcie coś takiego? taka dokumentacja może się bardzo przydać.
    no i podkreślajcie wszędzie, że on jest zagrożeniem dla dzieci, to śledzenie, groźby, że się policzy... sąd nie może tego zignorować...
    ps. to ja 6 stron mojej pracy mgr pisałam w 3 dni, a Tobie się udało w tym czasie co pisałaś tego posta? how is it possible?:P i właśnie z powodu tego tempa moja mgr leży niedokończona do dziś:(

    OdpowiedzUsuń
  2. Kochana, zeszyty takie to u nas funkcjonują niemal w każdej klasie... Tak zwany dupochron dla n-li, dzieci się tym zwykle nie przejmują. Kiedyś w jednej były takie 3, ich uzupełnianie zajmowało mi ostatnie 5 minut lekcji...
    Nie możemy go wyrzucić ze szkoły, bo obowiązek szkolny jest do 16 rż w szkole rejonowej.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak go przeniosą do nas, to będę z nim lekcje robiła w gabinecie dyrektora albo u pielęgniarki.... Współczuję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. myślę, że jednak zostanie u nas, aż się wydarzy jakieś nieszczęście. Nie chcę być the prophet of doom, ale myślę, że do grudnia będzie mieć to miejsce.

      Usuń

Prześlij komentarz