Czy zamykam bloga??


To miał być wpis na moim fanpage'u, ale się rozpisałam ;)

Jeśli zastanawiacie się czemu blog leży odłogiem niczym ziemia na polach na przedwiośniu to spieszę zapewnić, że na porze roku analogie się kończą. W zeszłym tygodniu opublikowałam wędrującego posta o Nożowniku, cały czas szlifuję nowe - mam chyba z 12 postów roboczych, nad którymi cały czas pracuję.

Wiecie, że po raz pierwszy od 20 chyba lat 2 tygodnie temu zachorowałam na grypę? Gorączka ścięła mnie z nóg - dosłownie. Niestety miałam już na składzie w domu innego grypowicza lat 3, na którego już wzięłam l4, więc wizyta u lekarza mijała się z celem z dwóch powodów: 1) po cholerę mi kolejne l4, skoro i tak już siedzę w domu; 2) jak u licha iść do lekarza, skoro siedzę w domu z chorym dzieckiem? #dylematymatkipolki

Tak więc przez tydzień byłam i tak uziemiona niczym Roszpunka w domu. Efektem tego było, że grypa szybko znikła u mnie, bo trochę sobie odpoczęłam od rannego wstawania, wyleżałam się w łóżku z dzieckiem nadrabiając zaległe odcinki Muminków, z drugiej strony czasu na ogarnianie bloga wcale nie przybyło. Przy moim synku niestety wszystkie czynności angażujące intelekt spycham na czas, kiedy idzie spać, czyli ok. 21.00. A że sama w czasie choroby wtedy zasypiałam, no to efekt taki, że wiele nie zdziałałam ... :(

Tymczasem minął tydzień i wróciłam do pracy - w poniedziałek. Widać choroba jednak u mnie nie minęła, tylko przyczaiła się niczym tygrys i ukryła gdzieś jak smok i uderzyła ze zdwojoną siłą znów wczoraj w nocy ehhhhh..... Wczoraj jeszcze poszłam do pracy, bo głupio mi było nie iść, skoro już tydzień wcześniej siedziałam w domu - z drugiej strony równie głupio pracowało mi się z gorączką, dziwne uczucie, tak jakbym się unosiła troszkę nad podłogą, w sumie przyjemne, ale wyczerpujące. Przynajmniej z dziećmi obejrzałam zaćmienie słońca i potem na NI z Fnbxkv trochę podyskutowaliśmy o tym, więc lekcja upłynęła nam jakoś w niecodziennie miłej atmosferze.





Wieczorem poszłam do lekarza, bo już naprawdę kiepsko się czułam (a uwierzcie mi, że NAPRAWDĘ BARDZO RZADKO idę do lekarza z kiepskim samopoczuciem, bo zwykle szczęśliwie czuję się dobrze lub bardzo dobrze - ostatni raz byłam na l4 w ciąży, zresztą już pod sam koniec) i bach - antybiotyk i zwolnienie do końca miesiąca. Uprosiłam panią, żeby krócej trochę - do piątku... No i tak siedzę.

I przy okazji przypomniała mi się historia z moich pierwszych studiów. Miałam tam na którymś roku przedmiot typu metodyka matematyki czy jakoś tak. I na pierwsze ćwiczenia weszła Popielata Pani. Cała była szara: szary T-shirt, szara spódnica nieokreślonego fasonu długości do pół łydki, szare rajtuzki, a zwieńczeniem tego outfitu były szare - a jakże! - klapki Kubota (#kubotatostylzycia). Cera jej też miała szary odcień, i do tego miała szare włosy. Nigdy wcześniej nie widziałyśmy tej pani, dlatego zdziwiły nas jej słowa, które zaraz usłyszałyśmy: "Jeśli myślicie, że ja choruję, to się grubo mylicie... Ja nigdy nie choruję, nie liczcie na to". Dlaczego podejrzewała nas o takie nieżyczliwe myślenie, tego nie wiedziałyśmy. Ale chyba wypowiedziała to w złą godzinę, bo następnych zajęć już nie było :( Ani następnych, i jeszcze następnych - i tak przez 3 miesiące, prawie cały semestr.

Mam nadzieję, że ze mną będzie inaczej.


Z łóżka pisała do Was:


Rubella :*


Komentarze

  1. Hej! Mam podobnie! Chodziłam do pracy z przeziębieniem 2 tygodnie, katar, ból gardła... i już byłam tak osłabiona, że musiałam odpuścić - też jestem na L4 tydzień... i też nie mam jakoś czasu na bloga. Trzymaj się i dużo zdrówka życzę!

    OdpowiedzUsuń
  2. Zdrowiej, Aniu! A ten akapit o Roszpunce to niemalże żywcem z mojego życia wycięty. Tylko Muminków brak.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zdrowia! Korzystaj z chwili wolności i odpoczynku :)
    Aldonka

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz