Wkurza mnie ta 'koleżanka'! - kolejny odcinek 'Zielonej Szkoły'







Wakacje są, odpocznijmy od moich kolejnych pomysłów na lekcje.

Dziś lajtowo poczytacie sobie o jednej pani z naszego 'grona'. Osobie przedziwnej, żeby nie używać mocniejszych słów (nie chciałabym jednym określeniem kogoś etykietować, ale z drugiej strony - czemu nie? - ona nie ma żadnych skrupułów, żeby mnie nazwać w twarz świnią - doczytajcie do końca,  a dowiecie się za co).

Już kiedyś wspominałam o szanownej koleżance na blogu, a jakże. TUTAJ. Jako wychowawczyni klasy trzeciej, pojechała i ona na zieloną szkołę (tu wyjaśnienie - było nas razem 5 klas trzecich, w tym jedna, z którą w zastępstwie pojechałam ja). Nazwijmy tę panią Genowefa. Tak więc każdy nauczyciel u nas w szkole wie, że Genowefa jest bardzo męcząca w bezpośrednim kontakcie. Nie wiem jak to opisać, bo poza nią na szczęście nie spotkałam już takiej osoby, więc przypuszczam, że nie jest to rozpowszechniony typ... i  nie wiem, czy po moim opisie zorientujecie się o co mi chodzi.
Pani robi bardzo dobre pierwsze wrażenie, bo jest ujmująco, wręcz przesadnie miła, słodko uśmiechnięta i wydaje się, ze nieba chce nam przychylić - i ja też dałam się nabrać na ten lep, gdy zaczynałam pracę w naszej szkole. Ale szybko przejrzałam na oczy. Genowefa jest w gruncie rzeczy osobą bardzo fałszywą.
Jeśli coś idzie nie po jej myśli, potrafi prowadzić konwersację w bardzo perfidny sposób. Stosuje dziwną taktykę, która polega na tym, iż ona udaje, że nie wie o co chodzi, ale robi to tak sprytnie, że to jej rozmówca wychodzi na idiotę, który nie wie co się dzieje - tak potrafi odwrócić kota ogonem. Kolejną jej dużą wadą jest to, że jak w rozmowie z nią nieopatrznie wskoczylibyście na jej konika, to zanudzi Was na śmierć!

Gdy przyszłam do mojej szkoły do pracy, razem ze mną jeszcze 3 inne anglistki (!) zaczynały pracę i wszystkie cztery otwierałyśmy staż na kontraktowego. Zabrakło językowców do obsadzenia funkcji opiekuna stażu dla nas wszystkich i tym sposobem ja dostałam Genowefę :/ I bardzo szybko przekonałam się, że nie wszystko jest z nią w porządku. I że potrafi być bardzo wredna właściwie bez powodu. Problem polega na tym, iż bardzo rzadko mówię ludziom, co o nich myślę, jeśli nie są to pozytywne myśli. W dodatku Genowefa jest w takim wieku, że mogłaby być moją mamą, a z domu rodzinnego wyniosłam zasadę o szacunku dla starszych, nawet jeśli nie do końca zasługują. Możecie więc sobie wyobrazić, jak musiała mnie zirytować, gdy po 4 miesiącach stażu - w grudniu - powiedziałam jej 'kilka ciepłych słów'. Od tej pory nasze relacje układały się o dziwo poprawnie, spuściła z tonu w stosunku do mnie, ale były zimne. Potem zrządzeniem losu musiała odejść na urlop zdrowotny i dokończyłam staż pod okiem innej nauczycielki, a z Genowefą nie miałam już więcej praktycznie żadnych kontaktów aż do września zeszłego roku, kiedy to zaczęłam uczyć jej trzecią klasę. Obawiałam się tej współpracy, ale okazało się, ze niepotrzebnie, bo wszystko przebiegało bardzo gładko aż do majowych sytuacji opisanych w wyżej wspomnianym poście.

To taki przydługi wstęp, ale ważne jest, abyście zrozumieli tło. Każdy u nas w szkole wie, jaka jest Pani G., toteż nikt nie chciał z nią siedzieć tych długich 10 godzin w autokarze nad morze. Ja wsiadłam do autokaru na samym końcu i okazało się wtedy, że jedyne wolne miejsce jest obok Genowefy.... Z ogromnym bólem usiadłam obok niej. Na szczęście podróż upłynęła bez zgrzytów, choć momentami musiałam chować ziewy w rękawie - Genowefa ma dwóch wnuków w wieku takim okołotoddlerowym - coś jak mój Adaś - i przez to myśli, że jesteśmy wielkimi przyjaciółkami, bo przecież mamy TYLE  do obgadania! Zanudza mnie opowieściami o chłopczykach, których na oczy nie widziałam, więc są mi raczej obojętni, podtyka pod nos telefon ze zdjęciami wnucząt - a ma ich tam setki - no sami łapiecie. Ale ogólnie nie było źle.

Nie będę Wam tu przynudzać streszczeniem całej zielonej szkoły w kontekście pani G. i jej zachowania, choć było miejscami mocno problematyczne, ale ja już dawno nauczyłam się olewać jej fochy i humory. W ostatni dzień nadrobiła wszystko z nawiązką.

Około 9.00 mieliśmy wyruszyć w drogę powrotną. Wszystkie klasy już wgramoliły się do środka, a ja latałam w popłochu po ośrodku w poszukiwaniu pielęgniarki, bo jedno z moich dzieci właśnie zwymiotowało, a dopiero co wzięło Aviomarin, który naturalnie nie miał szansy się wchłonąć, a resztę tabletek miało już schowane w głównym bagażu, a ten z kolei był już zapakowany w autokarze (jak miło). Dlatego moje dzieci jeszcze wszystkie siedziały na korytarzu i czekały, aż zorganizuję nową tabletkę. W międzyczasie wyszła Genowefa i spytała, gdzie są wszyscy. Odpowiedziałam jej, że chyba już w autokarze, skoro nie ma ich w pokojach. "Ach, rozumiem. Klasa 3x, idziemy!" - krzyknęła w przestrzeń, a ja przestałam zwracać na nią uwagę, bo miałam własne problemy. W końcu usadziliśmy i nasze tyłki w autobusie. Kierowniczka spytała, czy dzieci są policzone, czy możemy jechać, każda z nas odpowiedziała, że tak. Wyruszyliśmy. Smętnie powlokłam się na miejsce obok Genowefy, licząc, że założę empetróchę na uszy i może nawet nie zdąży do mnie zagadać. Tymczasem nadszedł niespodziewany ratunek w osobie koleżanki, która powiedziała, że obok niej jest miejsce wolne, i żebym się przesiadła. Poleciałam jak na skrzydłach (właściwie to zrobiłam tylko jeden krok w przód, bo to było jedno miejsce wcześniej). Jechaliśmy piętrowym autokarem i jedna klasa siedziała na dole, a 4 pozostałe zajmowały górę - wydaje się to pozbawione sensu, ale kto jechał kiedykolwiek takim autobusem, ten wie, jak rozmieszczone są siedzenia. W tamtą stronę siedziałam w drugim rzędzie od przedniej szyby - więc tym razem miałam usiąść z samego przodu po tak miłej propozycji koleżanki (nazwijmy ją Beata). Genowefa została na starym miejscu.
- Och - rzekła - jak miło. Mam dwa miejsca dla siebie. Mogę usiąść przy oknie. - mówi bardzo cicho, więc nie bije z jej tonu entuzjazm, ale widać po mowie ciała, kiedy się cieszy. Beata miała ze sobą dość duży bagaż podręczny i powiedziała Genowefie, że skoro ja idę koło niej, to ona nie ma miejsca na ten bagaż i położy go obok Genowefy właśnie.
- Wykluczone - odparła - ja tu siedzę przy oknie sobie i muszę mieć miejsce na nogi.
- No to postawię go od przejścia - zaproponowała Beata.
- Ależ absolutnie. Nie ma mowy. Jak to od przejścia. Ja przecież wstaję do dzieci, do mojej klasy, muszę mieć jak przejść. Nie będę przecież co chwilę przekraczać bagażu.
- Dobra Beata, daj spokój - tu się wtrąciłam - postaw go z przodu, jakoś się zmieścimy.  - Widziałam, że dalsza dyskusja z G. jest bezcelowa - ona jak się uprze, to nie ma bata, żeby ją przekonać. Ale byłyśmy zdegustowane, że nie dość, że ma dwa miejsca dla siebie, a przecież miała siedzieć ze mną, to jeszcze strzela focha o ten bagaż. No ale machnęłyśmy ręką. Trochę to niecenzuralne powiedzenie, ale pasuje tu jak ulał: jak to mówi mój tata - 'nie ruszaj g*wna, bo śmierdzi'. A tak w ogóle, to czy myślicie, że w ogóle ruszyła swój kościsty tyłek do tych dzieci, o które tak się rozchodzi???? A gdzie tam. Jedna z jej dziewczynek wymiotowała jak kot, ale Genowefa była ponad to. Zajmowała się nią inna pani.

Tymczasem podeszła kierowniczka (niech będzie Vanda) i prawi, że jej się miejsca nie zgadzają i ma za dużo o dwa siedzenia. A musicie wiedzieć, że już od jakichś 5 minut byliśmy w drodze hehe. Vanda prosi, żebyśmy przeliczyły dzieci. Liczę moje - zgadza się. Beata liczy swoje, pozostałe dwie babki liczą swoje - wszystko się zgadza. Genowefa nie rusza tyłka z miejsca, bo pilnuje żebyśmy jej torby nie postawiły w przejściu lub przy oknie. Vanda nadal mówi, że kogoś brakuje. Znów liczymy, znów Genowefa siedzi i ma wszystko w doopie (poza swoim miejscem). W końcu ta kobieta, co potem zajmie się vomitem tej jednej dziewczynki, odkrywa, że nie ma dwóch chłopców, a nawet wymienia ich imiona. Oczywiście są to dzieci z klasy Genowefy. 'Och - faktycznie' - to cała jej reakcja.

Oczywiście trzeba jak najszybciej zawrócić. Ale rozumiecie, że taki wielki kolos nie zawróci na jakiejś podrzędnej wąskiej drodze. Musieliśmy ujechać jeszcze z raz tyle, żeby znaleźć jakiś parking i tam nawrócić. W międzyczasie porzucona dwójka chłopców zdążyła wykonać rozpaczliwe telefony do rodziców, tak więc sprawa o zapomnianych dzieciach lotem błyskawicy obiegła naszą szkołę i miasto. Oczami wyobraźni widziałam już żółto-czarną taśmę i banery programu 'Uwaga TVN' na parkingu, na który mieliśmy podjechać u kresu naszej podróży. CZY MYŚLICIE, ŻE GENOWEFA RUSZYŁA SWÓJ SZANOWNY WĄTŁY TYŁEK I WYSZŁA Z AUTOKARU PO TYCH CHŁOPCÓW?? Ależ oczywiście, że nie. Przecież ktoś musi pilnować miejsca przy oknie!

Na tym rzecz jasna nie koniec.
Gdy chłopcy zostali usadowieni i ponownie wyruszyliśmy, Genowefa wychynęła ze swojego podwójnego miejsca i rzekła w przestrzeń - 'Co za wstyd dla szkoły... I dla nas, nauczycieli...' - Wymieniłyśmy z Beatą porozumiewawcze spojrzenia, po czym Beata odparła:
- Ja się nie poczuwam do winy.
- Ja też nie, moje dzieci wszystkie są - to ja dodałam.
- Ależ jak to? No chwileczkę Beatko, to tak naprawdę twoja wina, bo gdybyś mi dzieci nie poprzestawiała na inne miejsce, to bym się tak nie pogubiła! - wykrzyknęła w świętym oburzeniu Genowefa.
Tu znów nastąpiła wymiana spojrzeń - no po prostu nas zatkało na taki tupet i bezczelność!
- Chyba sobie żartujesz Gieniu? - spytała Beata, a tymczasem G. już zmitygowała się, że trochę się zapędziła, więc w te pędy odpowiedziała:
- No tak, żartuję hehe... taki joke - po angielsku! - i spojrzała na mnie z porozumiewawczym spojrzeniem.
- Faktycznie, bardzo śmieszne, boki zrywam... - dogadałam jej.
I wiecie co? W tej samej sekundzie nastąpiła diametralna zmiana frontu. Mogłaby przynajmniej poudawać i przeczekać z godzinkę, że niby przemyślała sprawę, ale gdzie tam! Durna Gienka od razu próbuje nieudolnie odwrócić kota ogonem: 'Wiesz co Beatko? Dziękuję ci. Tak. Dziękuję. Bo to dzięki tobie kochana wyszło, że jest o 2 miejsca za dużo, bo jak poprzestawiałaś dzieci to było widać jak na dłoni, że kogoś brakuje, i to tylko dzięki tobie.' No czy dacie wiarę????? jak to skomentować?? Bo ja nie znajduję słów.
Gdy odpowiedziało jej z naszej strony tylko pogardliwe milczenie, zaczęła lamentować pod nosem, że ją brzydko potraktowałyśmy...
Taka mała dygresja - Gienka jest w okolicy pięćdziesiątki, czeka ją jeszcze blisko 15 kolejnych lat w szkole. Skoro już teraz ma problemy z pamięcią, liczeniem i ogarnięciem się, co będzie za dekadę?? Podwyższanie wieku emerytalnego to chyba nie jest do końca dobry pomysł.

Kolejne kilka godzin upłynęło we względnym spokoju. Za Zieloną Górą zatrzymaliśmy się na dłuższy postój z ciepłym posiłkiem (jeśli któremuś dziecku jeszcze zostały pieniądze). Nie będę Wam już przynudzać, jak to Genowefa wepchała się do kolejki przed już stojącą tam inną trzecią klasę, i chyba z klasowych pieniędzy zamówiła wszystkim swoim siedemnastu dzieciom dwudaniowy obiad, tym samym pozbawiając innych szansy na zjedzenie czegokolwiek poza wypiciem herbaty, bo już nikogo nie było z obsługi na kuchni, kto by wyrobił z przygotowaniem posiłku w 45 minut dla kolejnych klas :/

Po skończonym popasie wracamy do autokaru, ja na końcu - dopadła mnie schiza, że wzorem starszej koleżanki mogę zgubić dzieci, i obchodziłam lokal i przyległości i toaletę z 5 razy, licząc moje dzieci pod nosem. Wchodzę na piętro autobusu, podchodzi do mnie Beata: 'Genowefa zajęła ci miejsce - szepta - Mówiłam jej, że to twoje, ale nie chce zejść.' NO SŁYSZELIŚCIE KIEDYŚ O CZYMŚ TAKIM???? Przecież bym jej ustąpiła, gdyby tylko spytała!!! Jak można mieć taki tupet? Nie rozumiem tego. Nawet gdybym chciała być przewredna i złośliwa, to nie wyszłoby mi to tak, jak jej niby bezwiednie.
Podeszłam i stanęłam przy moim miejscu, czyli tuż nad nią. 'Och, jak tu pięknie. Jak świetnie wszystko widać!' - odezwała się do mnie bezczelnie. 'To siedź tu sobie, skoro już usiadłaś' - odpowiedziałam tylko. Może się dziwicie, czemu się nie wykłóciłam? Niby to tylko miejsce, ale bardziej chodzi o zasadę, prawda? A jednak bez walki się wycofałam, bo a) naokoło były dzieci i nie chciałam robić przy nich szopki; b) mam opory wykłócać się z kimś, kto z racji wieku mógłby być moją matką.

Tak więc siadłam na jej miejscu. Potem zresztą i tak wróciła, ale ja już nie zeszłam, i do końca podróży siedziałam przy oknie.

Aferę ze zgubionymi dziećmi udało się zamieść pod dywan, rodziców jakimś cudem obłaskawić i ugłaskać. Początkowo Genowefa miała mieć wpisaną naganę do akt, ale z tego co się dowiedziałam, to upiekło jej się. A nawet dostanie pierwszą klasę od września! Co jest już bardzo dużym nadużyciem, bo w szkole jest mnóstwo lepszych nauczycielek od edukacji wczesnoszkolnej, a muszą łatać sobie etat świetlicą / ZKK / ZDW / logopedią. Można by było choć w ten sposób ją zdyscyplinować.

No a teraz dowiecie się, dlaczego Genowefa ma mnie za świnię.
Pamiętacie może jak pisałam, że na drugi dzień po powrocie mieliśmy w szkole Dzień Brytyjski? A jeszcze na kolejny Piknik Rodzinny, na którym sprzedawałam frytki, w dodatku razem z panią G. Na szczęście to było świeżo po aferze z porzuconymi dziećmi i wolała się nie pokazywać rodzicom na oczy i cały piknik spędziła w kuchni robiąc te frytki. Tak czy siak, impreza skończyła się około 19, wróciłam do domu wymęczona, bo jeszcze przecież nie miałam kiedy odpocząć po powrocie z zielonej szkoły - 10 godzin jazdy, powrót o 21 do domu, a na drugi dzień na ósmą do pracy na dzień brytyjski, a w czwartek na ósmą i z rana lekcje, a potem cholerny piknik do wieczora... Miałam ochotę walnąć się do łóżka i zasnąć, tymczasem musiałam pakować mojego synka, bo na drugi dzień z rana moi teściowie brali go na weekend w góry. W piątek zaraz po pikniku miałam akurat lekcję w klasie u Genowefy i wymieniałyśmy kurtuazyjny small talk na temat naszego zmęczenia.
- Och, to w ogóle nie miałaś czasu dla swojego synka, najukochańszego na świecie? - spytała z udawanym żalem w głosie (a pamiętacie, że temat toddlerów to jej konik).
- No nie, bo po powrocie go jeszcze szybko pakowałam, a potem poszliśmy spać. Wyjeżdża na weekend w góry z dziadkami.
- A ty?
- A ja zostaję i odpoczywam.
- Naprawdę? I puszczasz go samego? To ty naprawdę świnia jesteś. Świnia, świnia! Tak sobie żartuję, ale idź już, bo nie mogę na ciebie patrzeć. Jak sobie pomyślę o twoim biednym synku, to mi się płakać chce.

No zamurowało mnie. Odjęło mi mowę na długie minuty. Wyszłam i poszłam na dyżur i przez całą przerwę nie mogłam się otrząsnąć z szoku. Po pierwsze, co ją to obchodzi, z kim jedzie moje dziecko. Po drugie, nie jedzie samo, tylko ze swoimi dziadkami. Po trzecie, jej córki podrzucają jej wnuki regularnie co weekend, a czasami i w tygodniu i wcale nie są w z związku z tym świniami. Po czwarte - jak można komuś tak w twarz powiedzieć?

Dlatego wkurza mnie ta koleżanka.

Dużo ironicznych i złośliwych słów w tym poście, ale ostatnimi czasy mam do czynienia z samymi bucami. Już nawet myślałam, czy by nie założyć osobnego bloga, na którym mogłabym wylewać żółć i dawać regularnie upust swojej złości. Są blogi 'parentingowe' (fuj fuj okropna nazwa!), kulinarne, wnętrzarskie, językowe i cholera wie jakie jeszcze, a mój byłby pionierem na polu blogów terapeutyczno-profilaktycznych, żeby nie zwariować od przebywania z chamami, zaściankowcami i innymi o ograniczonych horyzontach i prezentujących nędzę intelektualną.



Komentarze

  1. Czasem trzeba się komuś wygadać :) Chyba wszędzie zdarza się ktoś, kto psuje nastrój innym.

    OdpowiedzUsuń
  2. O losie... co za baba! Starsza czy nie, trzeba jej zwrócić uwagę na fakt, że przesadza ze swoimi komentarzami. Pewnie się obrazi, ale przynajmniej będziesz miała z nią spokój na jakiś czas ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęściie teraz wakacje i odpoczniemy od siebie nawzajem. We wrześniu jak znów zacznie psuć mi krew, to jak znam siebie, wybuch nastąpi dopiero pod koniec roku szkolnego - więc może nawet nie zdążę przed wakacjami (nie wiem skąd bierze się we mnie taka duża cierpliwość do buraków i chamów, ale jest to moja złota zaleta. Albo frajerstwo, zalezy jak patrzeć.)
      A Ty widzę zrobiłaś sobie wakacje od swojego bloga? Szkoda :(

      Usuń
  3. Świetnie rozumiem.Mam podobną osóbkę w swojej szkole.Może wspólnie znajdziemy jakiś sposób, jak sobie poradzić w takiej sytuacji?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przydałoby się... Ja wypróbowałam milczenie i lekceważenie - nie działa :( Chyba muszę zacząć posługiwać się jej metodami.

      Usuń
  4. Wiem, o co chodzi. Też spotykam czasem takie osoby. Nie wiem, jaki jest na nie sposób. Odezwać się - to dowiedzą się za dużo o Tobie i później to wykorzystają, a nie odezwać się - to będziesz ta najgorsza, bo ją ignorujesz i obgada Cię za plecami (jeśli to też taka osoba). Trzeba sobie wytłumaczyć, że takie osoby mają po prostu problemy emocjonalne i my im nie pomożemy. Kiedyś czytałam 2 dobre książki psychologiczne o takich ludziach - "Szantaż emocjonalny" Susan Forward oraz "Wampiry emocjonalne" Alberta Bernsteina. Polecam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za te tytuły, muszę się z nimi zapoznać! Wampiry energetyczne osaczyły mnie z każdej możliwej strony.
      Podoba mi się Twoje spokojne podejście.

      Usuń
  5. OMG...really? Skąd się biorą ludzie, którzy mają w sobie tyle nienawiści i jadu, który wylewaja nam na buty...ale ja tez mam w pracy taką "przemiłą" osóbke, która wszystko wie najlepiej, ale jak przychodzi do roboty to ma dwie lewe ręce...masakra jakaś. Współczuję i radzę nie przebywać z ta osobą za długo. Ja się od mojej "koleżanki" odsunęłam i teraz przynajmniej się nie czepia i ze mną nie rozmawia, przynajmniej ja usinam szybko gadkę, żeby nie wdawać się w dyskusje...:) Pozdrawiam cieplo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, nie da rady od niej uciec, bo od września ma mieć klasę, którą najprawdopodobniej będę uczyć... :( Więc kontakt jest nieunikniony. Ale na razie o tym nie myślę :)

      Usuń
  6. mój komentarz w sprawie starszej koleżanki:
    http://www.youtube.com/watch?v=HYKY-Xr69L0

    :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetne, dzięki! :D 'Gangsta-granny attitude' - zapamiętam to sobie!

      Usuń

Prześlij komentarz