Zielona Szkoła. Episode 1


zielona szkoła Mrzeżyno




Przeżyłam kolejną zieloną szkołę. Tym razem spędziliśmy 18 dni w Mrzeżynie.

Jako opiekun-wychowawca (w zastępstwie, bo jak wiecie na co dzień nie mam klasy) miałam okazję być na zielonej szkole już po raz drugi, pierwszy raz był trzy lata temu (w Chłapowie k. Władysławowa). No więc mam już jakieś porównanie. Powiem, że moje odczucia są teraz znacznie lepsze niż trzy lata temu.

Po pierwsze, ośrodek był więcej niż przyzwoity. Naprawdę - można by pomyśleć, że była to tylko kolonia dla dzieci, natomiast standard pokoi był jak na ośrodek kolonijny wysoki - w każdym pokoju był czajnik, TV sat. Może jest to standardowe wyposażenie, ale pamiętam to, co było w Chłapowie, a wierzcie mi, że to była po prostu kiła-mogiła.W 1990 r. po raz pierwszy pojechałam na kolonie, po pierwszej klasie podstawówki i standard tamtego ośrodka sprzed 24 lat był lepszy niż ten sprzed trzech lat. Tak więc tutaj jeśli chodzi o wyposażenie, standard ośrodka nie ma się do czego przyczepić, a wręcz powiem szczerze, że byłam bardzo zadowolona.

Drugi plus to był taki, że byłam w pokoju sama, natomiast 3 lata temu miałam do towarzystwa koleżankę, którą dosyć lubię, jednakże jest uciążliwą współlokatorką: nie za bardzo liczy się ze współlokatorem, w tym przypadku ze mną, gdyż np. powiedziała wprost, że ona nie może zasnąć przy wyłączonym telewizorze - zawsze musi mieć włączony tv. To że mi to przeszkadza w zaśnięciu - to już trudno. Po drugie, strasznie chrapie przez sen. To tak jakby nie jest jej wina, no ale było to uciążliwe.

Kolejną sytuacją na plus było na pewno wyżywienie. Jedzenie było przepyszne. Było go bardzo dużo i było wyszukane i naprawdę bardzo dobre, mogłabym jeść i jeść bez końca. Zawsze na śniadania i kolacje poza standardową wędliną, serem itp. było podane coś na ciepło. Do tego jasne i ciemne pieczywo. I wszystko wyborne. Natomiast to co było 3 lata temu - nie wiem do czego to porównać - myślę, że w więzieniu jedzenie jest dużo lepsze. No po prostu był to koszmar. Nie dość, że mało, to jeszcze niedobre - ja tam prawie nic nie jadłam. Tym razem nie mogłam się oderwać od jedzenia (a na co dzień jem raczej niewiele). Na pewno jestem grubsza ze dwa kilo. Niestety. Nawet nie wchodzę na wagę. (Zawsze jak staję na wadze i nie jestem zadowolona, to sobie wmawiam, że to włosy tyle ważą, bo mi urosły - mam bardzo gęste włosy -albo że mięśnie się rozbudowały po ćwiczeniach z Ewą Ch, albo że mam na sobie ciężkie ubranie).

Następna zaleta to liczba dzieci pod moją bezpośrednią opieką - dziesięcioro. A nie 20, tak jak 3 lata temu. Przekładało się to na dużo większą wolność jeśli chodzi o wyjścia gdzieś z grupą. Gdyż jak wiecie na każde 10 dzieci przypada jedna osoba opieki. Więc 3 lata temu musiałam zawsze ruszać się z kimś, nie byłam do końca niezależna. A teraz mogłam chodzić gdzie mi się tylko podobało i z nikim nie musiałam się liczyć (uzgadniałam to tylko z 'moimi' dziećmi). Było to fantastyczne, gdyż jak miałam setny raz iść do portu danego tygodnia, to naprawdę mogłam się wypiąć i iść w zupełnie innym kierunku.

A teraz o tym, co mi się nie podobało.

Niestety, zachowanie współpracowników - tzn. dzieci. Ja miałam tylko tą dziesiątkę, ale tak naprawdę może dwoje czy troje z nich było takie, o których mogłabym powiedzieć , że byli fajni - i nie mam na myśli 'grzeczni'. Bardzo nie lubię używać słowa 'grzeczny' w odniesieniu do dzieci. A szczerze powiem, wolę dzieci 'niegrzeczne' w takim tradycyjnym rozumieniu tego słowa, niż takie niby 'grzeczne', ale z którymi nie mam żadnego kontaktu. A miałam dwójkę takich, z którymi właściwie nie zamieniłam przez te blisko 3 tygodnie żadnego słowa, które wyszłoby od nich. Jak ja do nich coś mówiłam, to odpowiadały półsłówkami, unikały kontaktu wzrokowego, zawsze były takie dziwnie ponure. Nie wiem z czego to wynikało. Nie wydawały mi się te dzieci do końca takie, jakie dzieci powinny być. Wiem, że są różne osobowości, że są dzieci melancholijne, spokojne (sama taka baaaardzo długo byłam), ale te były takie jakieś jak na prochach. Wiecznie takie otumanione.

Generalnie jestem rozczarowana postawą - przykro to mówić - większości dzieci. Było 74 dzieci łącznie z naszej szkoły i co bardzo mnie zabolało - ani jedno dziecko nie miało ze sobą książki. Nie widziałam na plaży, na ciszy czy na wycieczce, żeby którekolwiek siedziało i czytało książkę. Jeden chłopiec czytał czasopismo o autach i na tym koniec jeśli chodzi o czytelnictwo naszych uczniów, co dla mnie jest dramatyczne. Ja po prostu nigdy nie wyobrażałam sobie jechania gdziekolwiek, na jakikolwiek wyjazd bez książki - zawsze jakąś brałam. Sama przeczytałam dwie książki na tym wyjeździe. Jakbym miała więcej czasu, to przeczytałabym więcej, bo wzięłam ze sobą cztery.

Następny zarzut do dzieci (a może do ich rodziców?) - dzieci kompletnie nie umieją zająć się sobą. Mówi się, że nuda to kreatywny stan, ale niestety nie w przypadku tej gromady, z którą miałam do czynienia. Miałam dwie takie dziewczynki, których absolutnie niczym nie dało się zainteresować. Na plaży już po upływie pół godziny pytały się kiedy idziemy. Na ognisku - kiedy idziemy. Na placu zabaw - kiedy idziemy. Na dyskotece to samo. Na hali sportowej, na której mieliśmy okazję oglądać mistrzostwa Polski w gimnastyce artystycznej - kiedy idziemy. Nie umiały sobie w ogóle znaleźć żadnego zajęcia, poza snuciem się z kąta w kąt i marudzeniem. Było to bardzo irytujące. I przykre, bo program mieliśmy przebogaty i nigdy się nie zdarzyło, żebyśmy nie wyszli z ośrodka. Jedyne co je naprawdę jarało i wykrzesywało iskry entuzjazmu w oczach to pójście na stragany z badziewiem i do sklepu spożywczego.

Była też taka grupa dzieci, która nie zna słów i zwrotów grzecznościowych. Dzień dobry, przepraszam, dziękuję - jakby były z innego języka. Przykre było to, że były to też niektóre dzieci z mojej grupy. Widziały mnie na korytarzu rano po pobudce i jakoś nigdy nie przyszło im do głowy, żeby mnie pozdrowić. Nie mówiąc już o dzieciach z innych klas - już nawet nie liczyłam, że z innych klas ktokolwiek powie mi dzień dobry (choć zdarzały się na szczęście i takie). Dzieci z mojej własnej klasy nie umiały mi powiedzieć dziękuję, gdy im nalewałam zupę na stołówce. Dobranoc, przepraszam - takie słowa też w ich słowniku nie istniały. Mimo wielokrotnego zwracania im uwagi. I to nie jakimś chamskim, czepliwym tonem - po prostu życzliwie im mówiłam. Wydaje mi się, że jak się tego nie wykształci u dziecka w pierwszych latach życia, to potem nie za bardzo da się cokolwiek z tym zrobić. Bo przez te trzy tygodnie dalej niektórzy się nie nauczyli (chociaż jeden zaczął mówić mi dziękuję).

Nie dopisała nam do końca pogoda :/ Na 18 dni pobytu słońca takiego, żeby bez swetrów leżeć na plaży było może z 6 dni. Reszta dni była zimna i pochmurna, tyle tylko, że nie padało. Natomiast 3 lata temu właściwie wszystko było do dupy poza pogodą, która była rewelacyjna. Dzień w dzień było 25 stopni. Deszcz był w dniu przyjazdu i wyjazdu. Reszta to piękne, gorące słońce (i nie taka duchota jak teraz panuje w kraju).
No i 3 lata temu, choć większość rzeczy była do niczego, to jednak moje 20 dzieci było bardzo fajne. No może dwójka była upierdliwa, z resztą nie miałam najmniejszych problemów. Nie sprawiały właściwie żadnych kłopotów. Były to dzieci wesołe, umiały się zachować. To były zupełnie inne dzieci niż te co miałam teraz. Tegoroczne nie dość, że jakieś takie nierozgarnięte, to jeszcze nieokrzesane.

Ma takie wrażenie, że większość współczesnych dzieci nie umie się sobą kompletnie zająć, nie ma pomysłu na siebie. Kiedyś dzieci grały w karty czy inne gry na plaży, jak nie chciały się kąpać czy bawić się w piasku. Znały gry planszowe, warcaby itp. Teraz absolutnie nic poza durnym bieganiem i sypaniem się piaskiem. Do tego wszystkiego znaczna część nie szanuje jedzenia . To co się działo na stołówce przy niektórych stołach to woła o pomstę do nieba. Widać, że to są dzieci z epoki dobrobytu i konsumpcjonizmu, które za nic mają jakiekolwiek wartości. Chleb, który leży na ziemi i się poniewiera nie robi na nich najmniejszego wrażenia. Zastanawiam się, gdzie niektóre z nich były chowane. Może się wydawać, że zrzędzę jak staruch stojący jedną nogą w grobie, ale dla mnie jest to przykre, że pewne wartości odchodzą w cień.

Patrząc na niektóre klasy widać rękę wychowawcy -  a właściwie brak tej ręki. Dzieci nie umieją chodzić w parach, popychają się - jakby się szło z bydłem, z dziczą wypuszczoną z jakiegoś rezerwatu dla dzikusów. Tak to muszę nazwać niestety. Chociaż dzikusy po mniej więcej tygodniowym szkoleniu chyba już wiedziałyby o co mi chodzi. Akurat tu nie mówię o moich dzieciach, które na tle pozostałych czterech klas były w miarę poprawne. Poza tym łatwo je było ogarnąć, bo miałam ich mało. Jaki pan, taki kram i widać to po klasach. Widać pracę wychowawczą nauczyciela prowadzącego i wychodzi ona na zielonych szkołach.

Smutne jest też to, że ogólna wiedza dzieci o świecie nie jest zbyt szeroka, żeby nie powiedzieć nikła. Tak to ujmę eufemistycznie. Ja wiem, że to są tylko dzieci i nie można od nich oczekiwać wiedzy 15-latka, ale naprawdę zaszokowało mnie podczas jednego spaceru to, że dzieci nie wiedzą, co to jest szlak turystyczny. Na drzewie był namalowany czarny szlak turystyczny i dzieci pytały się mnie autentycznie ciekawe cóż to jest za malowidło?? Braki w naprawdę elementarnej wiedzy wychodziły niemal na każdym kroku. Na szczęście entuzjastycznie niosę kaganek oświaty i chętnie im tłumaczyłam wszystko, o co pytali (nie martwcie się, nie wypominałam im ich ignorancji).

Żeby nie było, że tylko widzę wady w dzieciach, to chciałam na koniec dodać, że poza tym, że były one często niesforne, to były też do bólu uczciwe. Gdy jedno zgubiło portfel, telefon czy co tam jeszcze, za chwilę ta rzecz w nienaruszonym stanie odnajdywała właściciela. Nikomu się nic do łapy nie przyklejało. Jak coś się zgubiło, to zaraz się okazywało, że inne dziecko z innej klasy znalazło i przynosiło. A przecież mogło przychomikować dla siebie i nikt by się nie zorientował. To trzeba im zapisać na plus.

Oprócz tego dzieci nie chorowały i nie wymiotowały poza jakimiś pojedynczymi vomitami z niestrawności. Powiem Wam, że 3 lata temu przeżyliśmy pandemię jakiegoś dziwacznego wirusa. Może ktoś z Was kojarzy? 3 lata temu w maju i czerwcu była taka afera, że z Niemiec przychodzą jakiegoś zatrute ogórki czy pryskane, już nie pamiętam co. Objawy po zjedzeniu to duża niestrawność objawiająca się wymiotami i biegunką. I do tego wysoka gorączka. Załapaliśmy się niestety na to w Chłapowie :/ Pewnej nocy, około północy jedno dziecko w mojej grupie zaczęło wymiotować i do siódmej rano miałam już 11 chorych, więc wyobraźcie sobie - co pół godziny przez całą noc ktoś przychodził do mnie i informował mnie, że ktoś tam wymiotuje. Niestety ten wirus był bardzo zjadliwy, dzieci rzygały jak koty, a oprócz tego miały ostre biegunki. Ponieważ była to noc, nie było nikogo do sprzątania, więc ja musiałam sprzątać wymioty, no i jak łatwo się domyślić po 12 godzinach też już leżałam bez życia, ale zanim padłam, przez jakieś 4 godziny targały mną najgorsze torsje świata (dobrze że biegunka była mi oszczędzona). Za którymś tam razem myślałam, że wyplułam własny żołądek. Z dwudziestu moich dzieci, 17 padło na tego wirusa, tylko trójka ocalała. Na szczęście to szybko mijało, spadło gwałtownie jak plaga egipska, przeszło jak burza i zostawiło nas kompletnie bez sił, ale w nienaruszonym stanie, a wszystko razem nie trwało więcej jak 48 godzin. 17 dzieci na 20 chorych i to tylko w mojej klasie, a skala zjawiska była bardzo podobna w pozostałych - były klasy, gdzie wszystkie dzieci zachorowały. Nie obyło się bez wezwania karetki i hospitalizowania przez kilka dni tych najbardziej odwodnionych. Nauczycieli ten syf też nie oszczędził, dobrze, że nie chorowaliśmy jednocześnie, bo kto by się zajął dziećmi?? Rozumiecie moją straszną traumę. Jadąc na tę zieloną szkołę, obawiałam się najbardziej czegoś takiego. Do dzisiaj nie wiemy co to było. Przyjechał lekarz i sanepid, ale nie dowiedzieliśmy się. Pewnie jakiś wredny rotawirus.
Więc wyobraźcie sobie jaka to była 'wspaniała' zielona szkoła również pod i tym względem.

Ogólnie jednak zaliczam te wyjazd do bardzo udanych. Odpoczęłam od szkoły, codziennej rutyny w domu. Wiecie, jak strasznie ciężko wraca się do prowadzenia lekcji po 18 dniach przerwy? Na pewno możecie sobie wyobrazić.

To nie koniec moich relacji na temat zielonej szkoły. Pamiętacie, jak w ostatnim 'wnerwionym' wpisie wspominałam o koleżance, która zmuszała mnie do wystawienia ocen na początku maja? Miałam tę wątpliwą przyjemność spędzić i z nią zieloną szkołę (jest wychowawcą jednej z trzecich klas). Opowieści dziwnej treści o niej już niedługo!


zielona szkoła Mrzeżyno

Komentarze

  1. Lubię takie wnikliwe analizy. Szkoda, że takie smutne wnioski na temat młodego pokolenia, jednak konsumpcjonizm niszczy wszelką kreatywność w dzieciach. Przy okazji przypomniała mi się kolonia, na której byłam wychowawcą mając jakieś 21 lat. Osiem (w większości) bardzo humorzastych dziewczynek pod opieką, praca 24 h/dobę jako wychowawca/lektor/prowadzący zajęcia plastyczne i sportowe i rotawirus (spałyśmy w jednym pomieszczeniu). I to za całe 800 zł za 2 tygodnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Współczuję rotawirusa. I jeszcze spanie z dziewczynkami - gdzie tu intymność i chwila dla siebie?

      Usuń
  2. Dlatego jak uwielbiam dziewczynki w szkole, to na wszelkich koloniach biorę grupę chłopców. Najlepiej takich koniec podstawówki, początek gimnazjum. Jakoś najlepiej mi sie z nimi dogadać i nie są zbyt wymagający- daję im piłkę, prowadzę na boisko i już mnie uwielbiają;) Często jeszcze na wstępie wzbudzam ich szacunek ogrywając w ping-ponga. Dla mnie to taka miła odmiana po roku spędzonym na pracy w klasach młodszych. Najbardziej wkurza mnie jak próbują mi wcisnąć bąbli, bo mam z nimi doświadczenie. Nikt nie myśli, że po 10 miesiącach nauczyciel ma dość swojej grupy wiekowej. A Zielone Szkoły uwielbiam, ale ostatnio mnie nie wysyłają, bo nie miałby kto za mnie pracować, dlatego jadą: bibliotekarki, pedagog lub świetliczanka. A jak synek na Zielonej Szkole? Udało Ci się pogodzić pracę i spotkania z nim?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Adaś radził sobie świetnie, ale to zasługa mojej mamy, a potem męża. Ja w ogóle się nim nie zajmowałam, bo i kiedy? Za mały był, żebym go mogła brać z grupą - zaabsorbowałby mnie zupełnie. Dlatego wpadałam do niego przed ranną pobudką - dzieci jeszcze spały, a Adaś jest rannym ptaszkiem, więc wtedy miałam jakieś 40 minut. Brałam go na spacer. Poza tym widzieliśmy się przeważnie tylko na posiłkach, siedział stolik obok mnie.

      Usuń
  3. Jesteś świetną nauczycielką, masz mnóstwo pomysłów, potrafisz byc profesjonalistką, ale trochę dziwi mnie twój wpis i pretensje do dzieci za to ze są jakie są. Jeżeli jakieś dziecko jest osowiałe, nie odzywa się, nie zachowuje się "jak dziecko" to dla nauczyciela powinien być wyraźny sygnał, ze w tym domu być może dzieje się coś złego. Może któreś z rodziców jest alkoholikiem? Nadużywa przemocy fizycznej? Słownej? Rodzice się rozwodzą i przerzucają dzieciaka jak worek? Przyprowadzają nowych partnerów i nowe babcie? Ze zdrowych domów wychodzą dzieciaki radosne i otwarte, z tych chorych takie, które chcą być niewidzialne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie były pretensje z mojej strony, tylko raczej luźne podsumowania. To była dwójka dzieci, jedno to dziecko nauczycielki od nas ze szkoły, byłam z nią w stałym kontakcie i informowałam o zachowaniu. O drugie dziecko zapytałam telefonicznie wychowawcę, wyjaśniła mi mniej więcej o co chodzi. Więc to nie było tak, że ponarzekałam i nic z tym nie zrobiłam.

      Usuń
  4. Ja jeszcze na żadnej zielonej szkole nie byłam i trochę się cieszę ;) chociaż gdy byłam na wycieczce jednodniowej jako dodatkowy opiekun, było całkiem ok. Po raz kolejny potwierdzę Twoje spostrzeżenia, tzn. po wycieczce dzieci z klasy koleżanki mówiły mi przez pewien czas dzień dobry, tak samo jak miałam dłuższe zastępstwo z nimi a później większość jakby zapomniała, że mnie zna ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja w tym roku, w przeciwieństwie do tej sprzed 3 lat wypoczęłam. I szkoda mi, że prawdopodobnie to moja ostatnia zielona szkoła, bo nie wiemy co się stanie, gdy przyjdą sześciolatki do szkół. 10-letnie dzieci będą wtedy już w czwartej klasie, a wtedy u nas w szkole na tak długie zielone szkoły się nie jeździ. A w trzeciej klasie będą dziewięciolatki, które w dodatku będą w tedy miały komunie, białe tygodnie itp.
      A poza tym na naszej tegorocznej zielonej szkole zdarzył się pewien problem, który może spowodować zupełną z nich rezygnację - opiszę to wkrótce w poście.

      Usuń
  5. Wszystko wynosi się z domu. Mnie ostatnio rozbawiła sytuacja, jak wychodzilam ze szkoły to przede mną szła matka z córką. Dziewczynka się odwróciła i powedziała mi "dzień dobry" (chociaż jej nie znam i nie mam pojęcia z której jest klasy, dlatego podejrzewam I), matka z ciekawości się odwróciła, ale już "dzień dobry" nie powiedziała. Mam też raz w tygodniu dodatkowy dyżur na świetlicy i można zauważyć, że jak rodzic zwraca uwagę dziecku "co się mówi?" i sam mówi "do widzenia" to dziecko raczej zna zwroty grzecznościowe, ale są i tacy, którzy staną w drzwiach, wezmą dziecko, odwracają się i tyle ich widziano. Co tu wymagać od dziecka! I jeszcze ta mina, jak się zwraca uwagę, że zanim pójdzie ma posprzątać to, czym się bawiło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam to doskonale, jestem tego samego zdania. Widzę po moim dziecku, którego nigdy właściwie nie musiałam uczyć mówić 'dzień dobry', 'do widzenia', 'dobranoc'. Sam skumał i zaczął stosować w odpowiednich sytuacjach. No ale napatrzył się na babcie, dziadków i rodziców, jak je stosują.

      Usuń

Prześlij komentarz