Kolejna lekcja pokazowa dla przedszkolaków i małe bulwersiki przy okazji

Pamiętacie lekcję dla przedszkolaków z zeszłego roku? Wtedy bawiliśmy się w autobus. W tym roku nasze zapisy rozszerzone do klas pierwszych wypadły dzisiaj. Postanowiłam zrobić coś z tablicą interaktywną. W naszej szkole są dwie, jedna na piętrze dla klas 1-3, druga dla klas 4-6 w sali do angielskiego.
Korzystam z obu, choć lepiej pracuje mi się z tablicą u maluchów. Mamy tam IQ Board, ma mnóstwo świetnych funkcji. Nie rozgryzłam jej do końca, gdyż nie mogę zainstalować oprogramowania na swoim lapku (tylko wersję demo - zubożoną), a w szkole po godzinach nie mogę za bardzo zostawać z racji 'posiadania' mocno nieletniej progenitury, którą w czasie mojej nieobecności opiekuje się moja nieoceniona Teściowa. Nie chcę nadwerężać jej cierpliwości, bo sami wiecie, że do dwulatka trzeba jej mnóstwo. 
Natomiast tablica na piętrze klas 4-6 to bardzo popularny Smart. Niestety nic nie mogę na niej zrobić, gdyż mamy zainstalowaną tylko wersję darmową, a jak chcę ją zaktualizować do wersji full-wypas, to jestem proszona o podanie numeru seryjnego, który oczywiście zaginął i tradycyjnie 'nikt nic nie wie'. A bardzo żałuję, bo na Smarta jest w necie mnóstwo świetnych programów i materiałów. Korzystam więc tylko z interaktywnego podręcznika.
Kolejny wnerw powoduje brak dostępu do netu w obu pracowniach. Jak może nie być neta w sali do angielskiego??? Tyle świetnych materiałów przepada! Tyle możliwości zmarnowanych! Na samą myśl aż mnie skręca ze złości. Pytam, chodzę, proszę o podłączenie neta - zwłaszcza, że do sali u maluchów pociągnięty jest kabel, bo do klas 4-6 trzeba niestety wiercić wewnątrz ściany - i się nie mogę doprosić. Słyszę tylko - ja za to nie odpowiadam, nie da się itp. 

Wymyśliłam sobie lekcję o kolorach. Miała być krótka, gdyż poza moimi zajęciami odbywało się jeszcze 6 innych. Dzieci miały więc zaliczyć 7 zajęć, a jak wiadomo attention span sześcio- i siedmiolatka do najdłuższych nie należy. Dwa tygodnie temu całą sobotę siedziałam i płodziłam w domu zajęcia, cały czas mając nadzieję, że wykorzystam tablicę (Smarta). Kłopot polegał na tym, że pracowałam w domu, wymyślając zajęcia 'zdalnie'.
Zaczęłam od wyszukania piosenki i powiem Wam, że to było najtrudniejsze! A wydawałoby się, że to będzie piece of cake. Tyle tego jest w sieci, wystarczy niby wpisać w YT 'colour song' i już! O nie. Wcale tak łatwo nie było. Wręcz przeciwnie! Znalezienie właściwej piosenki zajęło mi z pół soboty. Bo ciągle natykałam się na piosenki albo z trzema-czterema kolorami, albo z dziesięcioma, nic pośrodku!! A ja chciałam tak z pięć-siedem. W końcu sześcio- i siedmiolatek zwykle zna już jakieś podstawowe kolory, ale niekoniecznie wszystkie!
Ale udało się. Piosenka, którą namierzyłam, spasowała mi od razu.




Do tego opracowałam grę na tablicę interaktywną, worksheeta i zabawę ruchową.

Wszystkie moje plany spaliły na panewce, że tak to literacko ujmę, choć dużo większą ulgą przyniosłoby mi publiczne stwierdzenie, że poszły się..... Ale jako że to blog nauczycielski, czyli osoby z założenia intelygętnej, należącej do elyty intelektualnej kraju oraz kulturalnej, muszę się powstrzymać i korzystać z cenzurowanych wyrażeń naszej polskiej mowy. (Nawiasem mówiąc - i będzie to bardzo niepedagogiczne, ale uchylę rąbka tajemnicy - należę do osób klnących. Nie bójcie się, nie robię tego przy uczniach - przynajmniej nie na głos ;) - wpadłam w ten nałóg już w piątej klasie podstawówki - i jak śmiem mówić, że dzisiejsza młodzież jest zdemoralizowana? - i nie mogę go wykorzenić. A poza tym przyznam, że nie czuję potrzeby pozbycia się tego). 
Wracając do głównego wątku. Moje zdalnie przygotowane ćwiczenia mogłam sobie wsadzić 'głęboko w środek gdzieś', jak mówią słowa piosenki, bo oczywiście nie chciały współpracować z tablicą... Ehhhh, bardzo mnie to podłamało :/// 
Miałam ochotę rzucić wszystko w diabły. Stanęło na tym, że robimy autobus, czyli zajęcia z zeszłego roku. W końcu zeszłoroczne przedszkolaki to nasi obecni uczniowie, czyli nie powinno być wtopy, że ktoś widzi je po raz drugi.
Ale wczoraj przed lekcjami, wychodząc z mojej sali, gdzie trzymam swoje rzeczy, wzrok mój padł na moje ogromne pudło z PlayMais. Pomyślałam - może jakoś je wykorzystam? Zawołałam koleżankę-anglistkę,  z którą miałam przeprowadzać zajęcia i spytałam, co tym sądzi. Szybko ustaliłyśmy, że spróbujemy. I normalnie w ciągu kilku minut powstał plan naszych zajęć! Autobus odszedł w kąt, postanowiłyśmy wrócić do tęczowej piosenki.

Zajęcia przebiegały wg schematu:

1) dzieci wchodzą, ja robię intro, przedstawiam się, pokazuję salę (zajęcia odbywały się w sali do ang. dla klas 4-6), mówię o tęczy i kolorach, pytam, czy ktoś zna jakieś kolory po angielsku, żywo zainteresowana słucham odpowiedzi. Nieskromnie przyznam, że mam dar do takich w(y)stępów, nie czuję tremy ani przed dziećmi, ani przed rodzicami, którzy stali w drzwiach i patrzyli, nie krępują mnie inni nauczyciele - przeciwnie - jestem w swoim żywiole! Im więcej obserwatorów, tym lepiej mi idzie. Nie wiem, skąd i kiedy mi to przyszło, bo do mnie więcej 22 roku życia byłam najbardziej nieśmiałym i zamkniętym w sobie osobnikiem na Ziemi!
2) oglądamy tęczową piosenkę
3) informuję, że na pamiątkę naszego miłego spotkania dzieci zrobią sobie magiczne, tęczowe różdżki zgodnie z instrukcjami nauczyciela. Będą mogli je wziąć na zawsze. Przekazuję pałeczkę moim dwóm koleżankom anglistkom, które uczą dzieci kolorów, organizują stanowiska pracy, dyktują kolory, w kolejności których dzieci łączą chrupki. Używają w tym celu zaklęcia:

ABRACADABRA, LISTEN TO ME!
TAKE RED (BLUE, YELLOW ETC.)
ONE, TWO, THREE!

Nic nie podpowiadają, nic nie sugerują, po prostu dyktują nazwy kolorów. Po skończonej pracy porównują różdżki dzieci z uprzednio przygotowanym wzorcem. Komu się udało, dostaje naklejkę w nagrodę, komu nie - dostaje mniejszą naklejkę pocieszenia. 
4) odśpiewujemy tęczową piosenkę, machając do melodii różdżkami
5) dzieci wychodzą z sali pod warunkiem, że każdy poda jeden kolor po angielsku.



lekcja pokazowa angielski przedszkolaki
wejście do naszej sali

lekcja pokazowa angielski przedszkolaki
robiliśmy różdżki z pięciu kolorów

lekcja pokazowa angielski przedszkolaki
tak wyglądała wzorcowa różdżka

lekcja pokazowa angielski przedszkolaki
zdjęcie, które miało przedstawiać wszystko, a w efekcie przedstawia nie-wiadomo-co. Chciałam pokazać i flashcarda na białej tablicy, i tęczową piosenkę na IWB, i PlayMais. Flashcard wyszedł mały i niewyraźny, IWB ucięło, wśród PlayMais brakuje niebieskiego ://

Wszystko to trwa jakieś 10 minut. 

Do szkoły przyszło jakieś 100 przedszkolaków i drugie tyle rodziców!!!! W porównaniu z 28 z zeszłego roku, wynik jest imponujący!! Podzielono je na siedem grup, po mniej więcej 14 osób w każdej. 
Zajęcia przebiegły szybko i w fajnej atmosferze. Dzieci w ogromnej większości były takie, jakie chciałoby się widzieć na takich zajęciach. Kilka chlipało, jeden był zły i obrażony, cisnął różdżką :)
Wszystko było ok, poza przedostatnią grupą. 
Dzieci brały udział w zajęciach rotacyjnie, tzn. w każdym momencie każda grupa uczestniczyła w jakichś zajęciach i tylko przechodzili z sali do sali. Z biegiem czasu ramy zajęć przestały się ze sobą pokrywać, co było zresztą do przewidzenia, i zdarzały się zatory przed niektórymi klasami (np. naszą), a w innych pustki. Trwały zajęcia z piątą grupą, klecili akurat różdżki. Przyszła pani oprowadzająca grupę szóstą. Poprosiłam, żeby zaczekali 3 minutki, bo mieliśmy jeszcze zaśpiewać piosenkę. Na cały głos zażądała przerwania zajęć! Olałam ją i zaczęliśmy śpiewać. Poprosiłam, żeby cofnęli się za drzwi, bo nie mogłam ich zamknąć, a z korytarza dochodził duży hałas, nie było słychać piosenki. Właściwie to nie zdążyłam wyrazić swojej prośby do końca, gdyż powiedziałam tylko: czy moglibyście na minutkę... i koleżanka oprowadzająca przerwała mi, mówiąc zirytowanym tonem i głośno: NIE MOGLIBYŚMY! A gdy zauważyła, że nadal nie przerywamy, zaczęła głośno komentować - a przypominam, że obok stali rodzice - 'dziewczyny, to za długo! za długo! koniec już!', a jako że nadal nic sobie z niej nie robiliśmy, po prostu wprowadziła swoją grupkę i kazała im siąść! Jak łatwo przewidzieć, dzieci pomieszały się dokumentnie między sobą! Dużo nerwów kosztowało mnie zachowanie równowagi. Bardzo jestem rozczarowana postawą Szanownej Koleżanki, zwłaszcza, że jest to jedna z moich bliższych koleżanek w szkole. Nie spodziewałam się tego po niej. Jak widać, i ja czegoś nauczyłam się na tych zajęciach!

Długi post dzisiaj, nie? A to jeszcze nie koniec! Jeszcze dwa małe bulwersiki ;)

1) mowę mi odjęło zachowanie jednej z mam. Koleżanka akurat prowadzi zajęcia z robienia różdżki, dyktuje dzieciom kolory, a ta tu wchodzi do sali jakby nigdy nic, podchodzi do niej i pyta, co u niej słychać! Zero autorefleksji nad swoim zachowaniem, zero zrozumienia dla konsternacji koleżanki, po prostu nawija w najlepsze! Nie widzi, że przeszkadza. Nieodmiennie fascynuje i zdumiewa mnie takie zachowanie, w którym nie widzi się nic poza czubkiem własnego nosa. 

2) i na koniec jeszcze jeden bulwersik. Pisałam już kiedyś, ze w naszej szkole nauczane są dwa języki: niemiecki i angielski. Jeszcze kilka lat temu było tak, że wszystkie dzieci od pierwszej klasy miały ang.,a w czwartej dochodził niemiecki. Jednak przyszedł niż, coraz mniej dzieci, mniej klas pierwszych i dla koleżanek z niemieckiego zaczęło brakować godzin (a jak zaczynałam pracę w szkole 6 lat temu, to było ich 3!). Najpierw zwolniono jedną. Potem i kolejnej zaczęło brakować do etatu. Aby ją ratować, wymyślono, że w połowie klas pierwszych będzie niemiecki obowiązkowy (to tam, gdzie w ramach 42 art. mam ang.) i tak już jest od 4 lat. Oczywiście, tym samym od 4 lat wiecznie brakuje godzin jakiejś anglistce, aż w końcu jednej się trzeba było pozbyć (tęsknię za Tobą, Gosiu :((). Aktualnie ja jestem co roku zagrożona brakiem pełnego etatu :/ Np. w zeszłym roku 29. czerwca odchodziłam na wakacje z perspektywą 15 godzin we wrześniu. Na szczęście już we wrześniu okazało się, że mam 19. 
Wracając do bulwersika. Od paru lat klas pierwszych jest mniej i mniej. Składa się na to kilka powodów, oczywiście podstawowym jest ogólnie mniejsza liczba dzieci w rejonie. Innym jest położenie szkoły - daleko od głównego osiedla, kiedy to w tej samej odległości, tylko w przeciwną stronę i jednocześnie już w innym rejonie jest inna podstawówka w sąsiedniej dzielnicy. Następny powód to nieciekawe bezpośrednie sąsiedztwo szkoły - bloki socjalne czy tam komunalne. I już od kilku lat szkoła w sąsiedniej dzielnicy chcąc- nie chcąc (choć pewnie bardziej chcąc, w końcu dla nich oznacza to boom w zatrudnieniu, lub przynajmniej utrzymanie etatów) podbiera nam dzieci, wg szacunków tak z dwie klasy (!!!). Dla porównania, gdy zaczynałam pracę,  pierwszaków było sześć klas, teraz już drugi rok z kolei są 3!! Wyobraźcie sobie, jaki to będzie dramat dla przedmiotowców, gdy te dzieci dojdą do czwartej. Między innymi dlatego powstał w zeszłym roku pomysł na te dni otwarte dla przedszkolaków - już nawet nie żeby zachęcić osoby spoza rejonu, ale żeby zatamować odpływ!
Moim zdaniem jest jeszcze jeden powód migracji dzieci, pewnie akurat najmniej ważny, ale też przyczynia się do odpływu. Jest to ten nieszczęsny niemiecki w klasie pierwszej, ciągnący się potem już co najmniej przez całą podstawówkę! Nie chcę nikogo urazić, ale nie ukrywajmy - niemiecki nie jest tak popularny i lubiany jak angielski, przynajmniej tu gdzie mieszkam. Wiecznie są o to wojny we wrześniu, rodzice na gwałt chcą przepisać dzieci do klasy z angielskim - bo przy zapisie nie informuje się ich, do jakiej klasy trafią, żeby nikogo nie zniechęcać. I tylko ci poinformowani zaznaczają w uwagach na formularzu, że proszą o język angielski, ale większość nawet nie wie, że jest niemiecki i dowiaduje się pierwszego września...
I właśnie taki dzień otwarty dla przedszkolaków to świetna okazja, żeby ich i rodziców przekonać do niemieckiego! Ale ani rok temu, ani teraz takich zajęć nie było. Jedna z germanistek to nasza pani wice, wiadomo, że ma co innego na głowie, no ale druga - ta, dla której właściwie powstały te klasy niemieckie?
Właściwie nie wiem, dlaczego nikt nie pyta o zajęcia otwarte z niemieckiego, a co roku wszyscy mówią tylko o angielskim! Nie chcę wypychać nikogo przed szereg i kazać mu robić zajęcia, bo w sumie najprościej byłoby iść do tej koleżanki i jej poradzić zrobienie takich zajęć, ale to bardzo delikatna kwestia. Sami rozumiecie. A zresztą ja najkrócej ze wszystkich pracuję w naszej szkole (poza xiędzem, ale on się nie liczy) i nie wypada mi robić pewnych rzeczy. Niezręczna sytuacja :/

To koniec na dziś. Chciałabym Wam jeszcze przedstawić tęczową grę, którą opracowałam na tablicę, ale to już nie dziś.

Miłego wieczoru!

Komentarze

  1. Ale długi post! Umilił mi całe śniadanie ;) Najgorzej, jak coś się wali nie z naszej winy, skąd ja to znam! Ile razy przygotowałam lekcję np. z materiałem video a tu, albo internet nawalił, albo rzutnik...
    Zazdroszczę braku tremy przed występami publicznymi! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Do edukacji opornie wkracza technologia. Niby coś się dzieje, niby SuperBelfrzy pokazują, że coś się zmienia. Ale 1) to jest mało, 2) myśli się wybiórczo (kupując np. sprzęt, a nie dając kasy na programy edukacyjne, albo właśnie na internet).
    ,
    Wyszły Wam na prawdę ciekawe zajęcia. Piszesz tak już po raz kolejny o PlayMais, że mam ochotę sama się pobawić. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Sama nie wiem, od czego zacząć, bo poruszyłaś tyle istotnych tematów. Jestem pod wrażenie pomysłu z różdżkami. Chyba jednak poszukam tego PlayMais, bo bardzo chciałabym tego wypróbować. Zachowanie "koleżanki" nawet nie chce mi się komentować, to samo z ową mamą, poniżej krytyki. Przeprawy z tablicą, podejście "ja nic nie wiem" i niemożliwość realizacji zaplanowanych zajęć - współczuję, takie realia w polskich szkołach. A to, że rodzice nie wiedzą, do klasy z jakim językiem trafi ich dziecko to jakiś dramat. Jak można coś takiego ukrywać przez, jak podejrzewam, zwykłe kumoterstwo? Dyrekcja powinna się wstydzić, z resztą pamiętam Twój post sprzed paru miesięcy...Trzymaj się dzielnie, najważniejsze, że wciąż masz zapał do tej pracy, szkoda, że to jest niezauważane i co roku musisz się martwić o ilość godzin.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kumoterstwo niestety wciąż ma się dobrze w polskich szkołach. W mojej, mimo, że pięknej i nowoczesnej, też nadal rządzi :/

      Usuń
    2. Moja niepewna pozycja w szkole jest związana z moim stopniem awansu zawodowego (kontraktowy), podczas gdy pozostałe dwie koleżanki od angielskiego są od wielu lat dyplomowane.
      Na szczęście umowę mam na czas nieokreślony :)

      Usuń
  4. Moja była szkoła jest w dzielnicy, w której jest bardzo dużo dzieci. Jednak u nas też jest coś podobnego jak opisałaś, z tym że nazywa się Dniem Otwartym. Jak u Ciebie jest on przeznaczony dla dzieci, które będą dopiero uczniami. Między nami nauczycielami nazywa się to promocją szkoły. U nas wyglądało to trochę inaczej, nauczyciele organizowali takie jakby stanowiska. Dzieci zwiedzały z rodzicami szkołę i zatrzymywały się, gdy je jakieś stanowisko zainteresowało. Nauczyciele organizowali różnego rodzaju zabawy, na przykład w okolicach Wielkanocy część koleżanek robiła z dziećmi prace plastyczne związane z tym tematem. Jednorazowo w takim kąciku przebywało kilkoro dzieci. Oczywiście jedne były bardziej inne mniej oblegane. Przy okazji rodzice mogli zadawać pytania i chwilę porozmawiać z nauczycielami.
    Ja też miałam swój kącik i bawiłam się z dziećmi. Ale trochę zabiłaś mi ćwieka bo nie bardzo pamiętam co to konkretnie było ;) Na pewno jakieś proste zadania przy okazji zadawałam im jakieś pytania, graliśmy też w jakąś grę po angielsku itp. Pewnie oferowałam też jakąś pracę plastyczną. Ale bez żadnych fajerwerków. Twoje zajęcia wyglądają bardzo fajnie. Czasem te mniej zaplanowane wychodzą lepiej niż te dopieszczone. U nas ogólnie był, że tak to nazwę festyn z lekkim chaosem :P
    Co do nauczycieli to niby wszyscy uczący w klasach 1-3 mieli brać w tym udział a w praktyce wychodziło jak zwykle. Natomiast jesli chodzi o postawę Twojej koleżanki to niestety czasem w pracy nie jest wcale tak różowo i zamiast wsparcia „koleżanki” rzucają nam kłody pod nogi.
    P.S. Powinnaś się cieszyć, że macie choć 2 tablice interaktywne. U nas w bólach pojawiła się jedna, właśnie gdy odchodziłam, więc nie wiem jak rozplanowano zajęcia i czy każdy Anglista może z niej korzystać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. cieszę się z tablic ;) Szkoda tylko, że nie da się w pełni skorzystać z ich potencjału.

      Usuń
  5. Kochana Aniu! Ja też tęsknię! I wyobraź sobie.... W środę miałam lekcję pokazową ;D I także używałam tablicy interaktywnej ^^ <3

    OdpowiedzUsuń
  6. A tak by the way, ciekawa jestem, która pani taka niecierpliwa była, że Wam dzieci wepchnęła na nieskończoną lekcję.... ;D Mam kilka typów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. napisałam do Ciebie na FB, tam możesz zapodać swoje typy hihi ;)

      Usuń
  7. Kolorowe różdżki - super pomysł!

    W przyszłości zapraszam do mnie w poszukiwaniu podobnych piosenek - ta to jedna z moich i moich przedszkolaków ulubiona piosenka o kolorach :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, dopiero jak znalazłam piosenkę, to przypomniałam sobie o Tobie... :)

      Usuń
  8. z czego zrobione są te różdżki? to pianki do jedzenia?:)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz